sobota, 16 sierpnia 2014

Tylko wolny rynek może nas uratować. Z psychologii polskiego libertarianizmu

Powodów, do napisania tego tekstu było kilka. Głosy jakie mnie dobiegają w miejscu pracy, knajpiane dyskusje, medialny szum, na który się czasem natknę, ostatecznie jednak przeważyła dyskusja, która miała miejsce na blogu Smootnego Clowna w związku z tym wpisem. Nim przejdę do sedna koniecznych jest kilka uwag, które pomogą nam uniknąć nieporozumień. Po pierwsze zwracam waszą uwagę na tytułowe "z" - oznacza ono, że poniższe rozważania nie pretendują do miana wyczerpujących. Chcę raczej wskazać na kilka elementów spośród wielu różnorodnych. Niemniej uważam te właśnie składniki za jedne z ważniejszych i o tyle warte wydobycia (i uświadomienia sobie). Po drugie to, że krytycznie odnoszę się do jakiegoś libertariańskiego postulatu nie oznacza, że sam popieram tezę przeciwną (nie oznacza też, że jej nie popieram - jakiś czas temu pisałem o tym, że trzeba wreszcie skończyć z myśleniem w kategoriach binarnych opozycji). Po trzecie wreszcie, sam termin "libertarianizm" rozumiem nie wąsko i specjalistycznie, lecz dosyć szeroko - przede wszystkim jako antypaństwowość oraz opowiadanie się za kapitalizmem i tzw. wolnym rynkiem. Rozumiem, że dla Smootnego Clowna, skonczonego i fatbantha, z którymi dyskutowałem, jest to grube uproszczenie, że dysponują oni o wiele bardziej szczegółową wiedzą - jednak brak takowej wielu innym zwolennikom wolnego rynku, z którymi miałem okazję dyskutować. A skoro brak im wiedzy, to coś innego musi ich przyciągać do libertarianizmu - myślę, że tym czymś są emocje, pragnienia, nadzieje, czyli te fenomeny, którymi zajmuje się psychologia. Uważam również, że występują one i u tych, którzy "wgryźli się" w temat, którzy dysponują specjalistyczną wiedzą. "Coś" im kazało szukać tej wiedzy. Wiele, w moim przekonaniu, wskazuje na to, że to psychodynamiczna struktura jest fundamentem naszego światopoglądu, a nie nasza wiedza. Wiedza byłaby raczej czymś zatopionym w owej strukturze. Toteż psychiki nie należy rozumieć tu we współczesnym, wąskim, akademickim sensie (zwłaszcza z punktu widzenia psychologii poznawczo-behawioralnej), ale bardziej jako odpowiednik egzystencjalnej struktury rozumienia, o której pisał Heidegger w "Byciu i czasie".


CIEŃ BOGA ALBO NAWYKI
Przywoływałem już tu kiedyś Nietzscheański aforyzm, który chciałbym teraz zacytować w całości. Aforyzmy - te dobrze wykute - mają to do siebie, że zawierają w sobie mnogość sensów, które można wyłożyć w różnych okolicznościach. Podobnie jest i z tym, rozpoczynającym trzecią księgę "Wiedzy radosnej", 108 wedle numeracji:
Nowe zmagania. - Po śmierci Buddy jeszcze przez stulecia pokazywano jego cień w jaskini - olbrzymi, przejmujący zgrozą cień. Bóg umarł; ale ludzie są, jacy są, i może jeszcze przez tysiąclecia w rozmaitych jaskiniach będą nam pokazywali jego cień. Cóż, musimy pokonać jeszcze jego cień!
Jednym z najważniejszych sensów Nietzscheańskiego pojęcia "Bóg" jest podstawowa i ściśle określona struktura, na jakiej opiera się nasza kultura. Bóg, to nie jakiś "dziadek z brodą" w zaświatach, albo najwyższy byt promieniujący najczystszym dobrem, lecz pewien nasz sposób myślenia o świecie i poruszania się w nim. Ten sposób, jak diagnozuje Nietzsche, uległ swoistej atrofii (to właśnie sens słynnego hasła "Bóg umarł"). Rozwój nauk i filozofii, osiągnięcia techniczne, wydarzenia na arenie dziejów nie pozwalają nam już myśleć o świecie w taki sposób jak dotąd. Z nowej perspektywy, którą uzyskaliśmy w toku historii, okazują się nieskuteczne i błędne. A jednak ów stary sposób orientowania się w świecie, ów "Bóg", rzuca wciąż swój cień - rzuca go na wiele dziedzin świata ludzkiego - to znaczy zwodzi nas, każe nam myśleć po staremu tworząc pozór, że wciąż jest jeszcze to coś, co ów cień rzuciło. A my chętnie zawierzamy tej iluzji, która mile łechta nasze tysiącletnie nawyki (zaznaczam, że nie jest to behawiorystyczne pojęcie nawyku).

Powiadają, że PRL skończył się w 1989 roku. Powiadają tak, lecz nie mają pojęcia o tym, jak funkcjonują dzieje. Brak im tego subtelnego i stosunkowo nowego zmysłu, jaki wykształcił się w człowieku - zmysłu historycznego. Dzieje, to nie zbiór punktowych zdarzeń-dat (bitew, paktów, okrągłych stołów, narodzin i śmierci królów czy generałów) umieszczonych na osi czasu. Dzieje to raczej zbiór wielu linii, przeplatających się, krzyżujących, niespodziewanie urywających lub skręcających w bok... PRL również jest jedną z tych linii, taką, która jeszcze się nie urwała. PRL, albo szerzej: socjalizm - tego słowa będę, w poniższym tekście, używał na określenie sytuacji nadmiernego rozrostu państwa pod sztandarem egalitarnych idei m.in. w Polsce w latach 1952-1989 i w Związku Radzieckim w latach 1922-1991. Przy tym wyraźnie odróżniam socjalizm od komunizmu, który to przeciwstawia się państwu (być może zamiast o socjalizmie lepiej byłoby mówić o bolszewizmie...). PRL, czy też socjalizm, nie jest punktem na osi czasu, nie jest jakimś historycznym zdarzeniem, nagle się zaczynającym i równie nagle kończącym. Jest on raczej pewnym sposobem myślenia o świecie i orientowania się w nim. Jest pewnym nawykiem, cielesną dyspozycją, nie zaś abstrakcyjną ideą w umyśle. PRL(-zdarzenie) umarł w 1989 roku, lecz wciąż jeszcze rzuca swój cień.

Weźmy na warsztat jakiś banalny przypadek. Urzędy Miasta, szkoły, uniwersytety, komisariaty - z pewnością z najważniejszych stanowisk usunięto tych, którzy przynależeli do Partii, a ich stołki zajęli katolicy czy liberałowie. Nie można było jednak zastąpić wszystkich, na wszystkich szczeblach. Część, z pracujących jeszcze w PRLu, ludzi została. A nawet jeśli odrzucili swe poglądy (lub nigdy ich nie mieli), to nie porzucili swoich nawyków. Nawyki zdobywa się za pomocą długich, powtarzalnych ćwiczeń, a ich zastąpienie wymaga równie żmudnego i czasochłonnego procesu oduczania się starych i trenowania nowych. Nie tylko o pozostałości PRLowskich kadr jednak chodzi - również "nowi" byli ludźmi wychowanymi w PRLu, w rzeczywistości, która wymuszała i premiowała jedne zachowania, a tłumiła i karała inne, tzn. rzeczywistości, która ćwiczyła konkretne nawyki. Ponadto "nowi" weszli w struktury (administracyjne, edukacyjne itp.), które funkcjonowały w oparciu o wiele socjalistycznych nawykowych mechanizmów, mechanizmów, których sobie zwykle nieuświadamiano. W ten sposób PRL-zdarzenie zakończył się w 1989 roku, lecz PRL-nawyk trwa dalej. Ludzie, którzy wówczas robili karierę ćwiczyli się w bezwzględnym posłuszeństwie wobec przełożonych, agresji wobec podporządkowanych im, oportunizmie, braku inwencji, poddaniu kulturze przekazywanej przez media. I dziś ci sami ludzie, podstarzali już, umierający i przechodzący na emerytury, przekazując swoje stanowiska wybierają ludzi im podobnych: wszelkiej maści niekreatywnych, posłusznych lizusów, którzy za podstawowe źródło wiedzy i kultury uważają telewizję, gazetę, radio i/lub internetowe portale informacyjne. Niektórzy, świadomi tego, że obecna sytuacja w państwie zależy od tego, że część PRLowskiej administracji pozostała, powiadają: "stare pokolenie musi wymrzeć (dopiero wówczas czekają nas prawdziwe zmiany)". Nie widzą oni jednak, że owo stare pokolenie nie zamierza wymrzeć, że hoduje na swe miejsca ludzi sobie podobnych (i wcale nie jest to żadne świadome i celowe działanie, o nie, nie ma żadnych "PRLowskich Iluminatów", którzy podstępem chcą zachować władzę). A ci im podobni następnie wyhodują podobnych sobie. Jeszcze przez "tysiąclecia" będą nam pokazywać, w różnych jaskiniach, PRLowski cień.

[Oczywiście nie zakładam tu jakiegoś ścisłego determinizmu, nie zakładam, że to jedyny scenariusz i jedyne mechanizmy-nawyki jakie działają. Jak wspomniałem: rzeczywista historia składa się z wielu linii. Z równie wielu składa się historia każdej jednostki i z pewnością wielu z PRLowskich pracowników miało w swym habitusie również takie nawyki, które nie przynależą do typu homo sovieticus. Te nawyki mogą się teraz, w nowym środowisku, ujawniać z większą mocą i rozwijać. Wprowadza się również różnego rodzaju mechanizmy mające na celu wyplenienie socjalistycznych nawyków. Zmiany są możliwe i niektóre z nich rzeczywiście zachodzą. Ponadto nie wszyscy, którzy wówczas i teraz pracowali byli/są "lizusami". Niemniej są i tacy i jest ich nie mała ilość. A przede wszystkim istnieją mechanizmy, które takimi - posłusznymi i pozbawionymi inwencji - czynią. Chodzi o to, żeby je sobie uświadomić, tropić i zwalczać - nie zaś moralizować, czy oskarżać kogoś o coś, ponieważ to on, a nie ja, zrobił karierę.]


RYNEK PEŁEN NAWYKÓW
Od powyższego przykładu da się łatwo przejść do pierwszego składnika psychicznej struktury dzisiejszych libertarian. Nie biorą oni pod uwagę owej nawykowej pozostałości po PRLu. I nie chodzi mi tylko o administrację publiczną, z pewnością czytając o niej potakiwali głową i zacierali z zadowolenia ręce odnajdując kolejny powód do swojej niechęci wobec państwa. Czy wzięli oni jednak pod uwagę fakt, że w tym samym PRLu wychowywali się umiłowani przez nich kapitaliści, wszelkiej maści przedsiębiorcy, pracodawcy, producenci? We wszelakich - dużych i małych - firmach ważne stanowiska mogą zająć - i bardzo często zajmują - osoby o mentalności homo sovieticus, promujące służalczość, pozbawione inwencji i tłumiące ją u innych (mam na myśli oczywiście prawdziwą inwencję, a nie bezmyślne kopiowanie pomysłów z pisemek dla menadżerów). Osoby takie chętniej niż krnąbrnych fachowców, zatrudnią podobnych sobie przeciętniaków. Gdyby zaś trafił się im podwładny mający swoje zasady (nie-oportunista), do tego kreatywny i inteligentniejszy od nich, mają bardzo dobre narzędzie pod ręką - wysokie bezrobocie, groźbę zastąpienia - by w owym pracowniku wytrenować takie cechy, jakie im odpowiadają.

Nie tylko o niekorzystną sytuację pracobiorców jednak chodzi. Służalcze nawyki tych, którzy doczłapali się funkcji menadżerów i prezesów mogą prowadzić ich do podporządkowania się komuś potężniejszemu, a to do tworzenia się monopoli. Dalej: nawykowe przywiązanie do państwa sprawi, że nawet po jego ewentualnym (wymarzonym przez libertarian) zniesieniu, wciąż będą oni poszukiwali mechanizmów analogicznych do państwowych, co będzie sprzyjało ich odtwarzaniu. Wydolne finansowo jednostki mogą dążyć do akumulacji kapitału i prowadzić działalność inwestycyjną, a tym samym sprzyjać się rozwojowi kapitalizmu, mogą jednak również skupić się na konsumpcji, zwłaszcza konsumpcji luksusowej, która nie sprzyja rozwojowi kapitalizmu w danym miejscu. PRL, a właściwie cała dziejowa sytuacja Polski, sięgająca choćby newralgicznego (dla rozwoju kapitalizmu) XVI wieku, za priorytetową uznawały właśnie luksusową konsumpcję, a nie inwestowanie. Dziś państwo ułatwia pewnym, uprzywilejowanym grupom właśnie taki rodzaj konsumpcji i po ewentualnej likwidacji państwa te grupy nadal będą do niej dążyły (a nie do akumulacji i inwestycji) i wykorzystując swoją przewagę (wyniesioną z obecnej sytuacji) będą tak manipulowały warunkami, by móc dalej zaspokajać tę swoją potrzebę. Mówiąc krótko: usunięcie państwa i całkowite "uwolnienie" rynku nie usunie nawyków pro-państwowych i anty-rynkowych.

Pierwszym elementem struktury psychicznej libertarian, na jaki chcę wskazać, jest pewne nieuświadomione założenie, pewien myślowy nawyk, nazwijmy go: założeniem mechanistycznym. Libertarianie przyjmują taką koncepcję czasu, jaką wypracował nowożytny mechanicyzm, tzn. koncepcję, wedle której czas to zbiór punktów na osi, gdzie przejście do kolejnego punktu zrywa z poprzednimi. Przykładowo: przejście od państwa do rzeczywistości pozbawionej państwa uwolni rynek od niekorzystnych dla niego mechanizmów.

Mała krytyka darwinizmu: Potrzebna jest tu drobna dygresja. Moje powyższe rozważania łatwo da się obalić z perspektywy darwinizmu, który tak chętnie zakładają wszelkiej maści liberałowie. Tzn. wyobrażają sobie oni wolny rynek niczym środowisko naturalne, które dokonuje selekcji organizmów (tu: praktyk ekonomicznych) niedostosowanych do owego środowiska. Toteż uwolnienie rynku od państwa miałoby niejako dokonać selekcji tych nawyków, które związane są z państwem i pozostawić tylko te prawdziwie liberalne. Jednakże wszyscy ci, którzy stosują darwinizm do rzeczywistości ludzkiej uparcie zapominają o tym, że człowiek jest taką bestią, która potrafi przekształcać swe środowisko. Prosty przykład: mechanizmy ewolucyjne promują kobiety z szerokimi biodrami, gdyż takim łatwiej rodzić dzieci. Tysiące lat temu kobiety o wąskich biodrach przekazywały mniej genów. Jednakże z czasem wymyślono coś takiego, jak cesarskie cięcie i teraz "selekcja naturalna" nie ogranicza kobiet o wąskich biodrach. Można by powiedzieć: człowiek jest w stanie oszukać ewolucję (oczywiście w tym prostackim sensie, w jakim rozumie ją większość "społecznych darwinistów"). I podobną "moc" ma człowiek w stosunku do ekonomii, może "oszukiwać", tzn. wpływać na swoje środowisko. Jednym z takich sposobów wpływania są właśnie państwowe regulacje. Likwidacja państwa nie pociąga za sobą z koniecznością likwidacji nawyku i potrzeby regulacji tego typu...

Manipulacja pragnieniem: ...natomiast likwidacja tego rodzaju nawyków i potrzeb jest jak najlepszą drogą do likwidacji państwa. Tu docieramy do drugiej dygresji. Fatbantha, w naszej długiej i momentami niezbyt eleganckiej dyskusji, zarzucał mi, że chcę manipulować pragnieniami ludzi. On zaś - w przeciwieństwie do mnie - chciałby owe pragnienia pozostawić nienaruszone, stworzyć jedynie warunki (w postaci wolnego rynku) do ich realizacji. Jak jednak wyraźnie pokazują powyższe rozważania o nawykach, skuteczność proponowanego przez niego rozwiązania będzie żadna: likwidacja państwa i stworzenie całkowicie wolnego rynku nie usuną z ludzi potrzeby państwowych ingerencji i będą oni dążyli do odtworzenia państwa, a przynajmniej tego rodzaju wtrącania się w mechanizmy rynkowe. Natomiast tym, co mógłbym zaproponować ja, byłoby nie tyle manipulowanie pragnieniami (samo pojęcie pragnienia wydaje mi się tracić powoli swą filozoficzną wagę), co raczej oduczanie się pewnych nawyków i uczenie się innych.


SOCJALIŚCI NA WODACH KAPITALIZMU
Ów socjalistyczny habitus mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej ma jeszcze jeden aspekt, który rzuca się w oczy. Zacznijmy od omówienia jego konkretnej realizacji. W USA, w 1920 roku, powstała pierwsza w historii piramida finansowa. Myślę, że wszyscy wiecie, jak działają piramidy finansowe: uczestnikom obiecuje się bardzo wysokie oprocentowanie, w zamian za wpłatę, pieniądze w systemie "mnożą" się jednak nie w wyniku inwestycji, lecz dzięki wpłatom kolejnych naiwnych, gdy takich zabraknie piramida rozpada się pozostawiając większość "inwestorów" zarówno bez obiecanych im, jak i wpłaconych przez nich pieniędzy. Polska, jak i pozostałe kraje znajdujące się za "żelazną kurtyną", mogły oczywiście nic nie słyszeć o Ponzim i jego pierwszej, bostońskiej piramidzie. Toteż łatwo mogły wpaść w sidła podobnych naciągaczy. Na poważnie zaczęło się w Rumunii, z jej piramidą o nazwie Caritas (powstała w 1992 roku i upadła w 1994). Ludzie zastawiali bądź sprzedawali własne domy, byle by tylko dołączyć do Caritas. W byłych krajach bloku wschodniego powstały setki takich "organizacji", choćby MMM - największa w Rosji - albańska Titana (w Albanii do piramid finansowych dołączyła ponad połowa populacji!), czy polskie Bezpieczna Kasa Oszczędności oraz Galicyjski Trust Kapitałowo-Inwestycyjny. Mimo, że te ostatnie dały wielu popalić już w latach 1989-1992 (czyli przed wielką aferą rumuńską i albańską), wciąż wiele osób dawało oszukać się kolejnym grom finansowym. Chyba wam nie muszę przypominać o upadłym niedawno Amber Gold.

Można oczywiście pokpiwać sobie z naiwności uczestników. Bardziej wartościowa jest jednak próba wydobycia na jaw warunków, które motywowały ich do takiego, a nie innego działania. Piramidy finansowe należy potraktować jako symptom czegoś, co funkcjonuje w sytuacji przechodzenia społeczeństwa od socjalizmu do kapitalizmu. Socjalizm, jako system oparty na egalitarnej propagandzie, był takim tworem, który obiecywał wszystkim główną wygraną. System upadł, niemniej wiara w ową główną wygraną dla wszystkich pozostała. Oczywiście polscy liberałowie wszelkiej maści z kpiną odnoszą się do opinii, jakoby socjalizm mógł zagwarantować wszystkim ekonomiczne spełnienie. Jednakże równocześnie te właśnie cechy przypisują wolnemu rynkowi. Pozbawiony wszelkich zewnętrznych regulacji rynek miałby niejako posiadać tę bajkową moc, która wszystkim graczom pozwala realizować swoje egoistyczne interesy. Nazwałbym ten element psychicznej struktury liberałów i libertarian wiarą w zapewnianą wszystkim, przez system, główną wygraną. Nie jestem w stanie określić, czy jest to ich osobista naiwność, czy też naiwność innych, którą oni wykorzystują do realizacji swoich własnych politycznych celów (zapewne jest to mieszanka obydwu). Niemniej taka wiara - wiara w to, że szczęście zapewni całkowite poddanie się regułom jakiegoś systemu (tu: gry rynkowej) - funkcjonuje w polskiej przestrzeni publicznej.

Być może jest tu nawet coś więcej. Być może piramidy finansowe, w przerysowany sposób, ukazują pewien bardziej uniwersalny aspekt wiary w wolny rynek. "Trudno zaprzeczyć faktowi, że fenomen niezasłużonego zysku - czy ogólniej: nieopartego na świadczonej pracy dochodu - jest wysoko ceniony także wśród kapitalistycznych graczy z długim stażem." (Peter Sloterdijk, Gniew i czas) Zarówno kapitalizm jak i piramidy finansowe są systemami wzrostu bazującymi na kredycie, ponadto oba mają wyraźną tendencję kryzysową. Kapitalizm z pewnością sprawniej radzi sobie z obiema tymi kwestiami, niemniej nieuwzględnianie ich obu, gdy mówi się o wolnym rynku, jest nieporozumieniem (lub celowym zafałszowaniem). Podobnie w przypadku pomijania mechanizmu spekulacji finansowych - nie tylko w postaci schematów Ponziego, ale choćby kupna i sprzedaży walut.


HOMINES RELIGIOSI
Omówiona wyżej wiara prowadzi nas prostą drogą do kolejnego elementu. Lud, który zamieszkuje dziś tereny pomiędzy Odrą a Bugiem trenowany był nie tylko w socjalizmie, o wiele wiele dłużej trenowany był w chrześcijaństwie. Polski habitus w dużej mierze budują właśnie tego rodzaju nawyki - nawet po "śmierci Boga". Spośród całej gamy zachowań homines religiosi interesuje mnie tylko przekonanie - w gruncie teologiczne przekonanie - o racjonalności świata w całości i ostatecznej mocy sprawczej leżącej poza jednostką. Oba te elementy pojawiają się, moim zdaniem, w związku z koncepcją tzw. niewidzialnej ręki (rynku) - nawet u tych, którzy celowo unikają sięgania po to określenie. Pod hasłem "niewidzialnej ręki" kryje się wiara w to, że chociaż każdy z rynkowych graczy dąży wyłącznie do zaspokojenia własnych, egoistycznych interesów i nie ma na względzie ani dobra innych, ani dobra ogółu, to jednak ostatecznie to, co robi, opłaca się wszystkim, zyskuje rynek jako całość oraz pozostali gracze. Nawet jeśli poszczególne zachowania mogą wydawać się nieracjonalne, to racjonalna jest całość. I racjonalna jest ona nie dzięki jednostce, ale dzięki jakiejś istniejącej poza nią samą i poza wszystkimi innymi niewidzialnej mocy sprawczej. Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z jakąś ekonomiczną odmianą teodycei i okazjonalizmu.

Wedle Leibniziańskiej teodycei żyjemy w najlepszym z możliwych światów, gdyż posiadamy wolną wolę. I chociaż często czynimy z niej zły użytek, to summa summarum taki świat jest lepszy od takiego, w którym czynilibyśmy wyłącznie dobro, ale nie posiadalibyśmy wolnej woli. Ujmując to nieco inaczej: za naszym złem stoi wyższe dobro, za naszą nieracjonalnością - wyższa racjonalność. Podobnie jak za wolnym rynkiem w przekonaniu liberałów: nawet egoistyczne i nieracjonalne zachowania poszczególnych graczy okazują się na "wyższym poziomie" dawać nieegoistyczne i racjonalne efekty. Efekty osiągane jednak nie dzięki intencji lub mocy sprawczej jednostki, lecz mocy przynależnej do samego rynku. Rynek okazuje się tu posiadać tę samą cechę co Bóg wg Malebranche'a: to on jest prawdziwą przyczyną. Rynkowy gracz obdarzony jest co najwyżej przyczynowością okazjonalną, tzn. swoim zachowaniem stwarza on rynkowi okazję, do zadziałania. Jest tylko jakimś pragnieniem, za którego proces pomyślnej realizacji odpowiada już nie on sam, lecz rynkowe mechanizmy (w ostatecznej instancji nieprzejrzyste i niezrozumiałe dla niego).

Omówiony, w tym paragrafie, element psychicznej struktury polskiego (i - w tym wypadku - nie tylko polskiego) liberała i libertarianina określiłbym jako religijną, co do pochodzenia, wiarę w racjonalność i sprawczość rynku. Kapitalizm jako najlepszy z możliwych światów (jak to ujął skonczony: "kapitalizm jest najlepszym i najefektywniejszym systemem"). Za wiarą tą idzie kolejny element, również pochodzenia religijnego (a może raczej: religijno-despotycznego): potrzeba podporządkowania się temu, co poza nami. W tym kryje się zagadka osobliwego darwinizmu liberałów: pragną oni odebrać człowiekowi moc przekształcania własnego środowiska. Ich dążenie do likwidacji państwa, to w istocie dążenie do tego, by człowiek godził się na wszelkiego rodzaju automatyzmu, by bezwarunkowo poddawał się temu, co "ponad" nim (Bogu, despocie czy wolnemu rynkowi - strukturalnie nie ma tu najmniejszej różnicy). Liberalizm to kategoryczny zakaz korzystania z przysługującej człowiekowi mocy sprawczej, mocy ingerencji i regulacji.


UCIEKINIERZY ZE WSCHODU
Jak dotąd mówiłem o nieświadomym powtórzeniu, przez polski libertarianizm, pewnych elementów istniejących w jego warunkach historyczno-środowiskowych. Warto jednak zwrócić uwagę na pewną cechę z pozoru skrajnie opozycyjną: niechęć do państwa. Przerzucając karty najnowszej historii powszechnej możemy odnotować wiele przypadków takiego stanu emocjonalnego. Historyk sztuki, Berenson - o którym wspomina Foucault w wykładzie z 31 stycznia 1979 roku - który uważał państwo za groźniejsze od bomby atomowej. Austriaccy ekonomiści von Mises i Hayek, ostro krytykujący gospodarkę centralnie planowaną. Filozofująca pisarka Ayn Rand, która zalecała egoizm (ochronę interesu własnego) i kapitalizm (jako środowisko realizacji tego pierwszego). Ot, tylko kilka z wielu przypadków. Co łączy je z polskimi libertarianami? Otóż wszystkie te osoby urodziły się i wychowały w krajach, w których doszło do chorobliwego rozrostu biurokracji. Żyli w kafkowskim uniwersum nieustannego odsyłania z jednego urzędu do drugiego, wypełniania papierków i obawy o to, że państwo wtargnie w ich prywatność (np. bolszewickie władze skonfiskowały rodzinny majątek Rosenbaumów - bo takie nazwisko nosiła pierwotnie Ayn Rand). Uniwersum, z którym do niedawna mieliśmy do czynienia i tutaj, którego pozostałości wciąż jeszcze nas otaczają.

Wrogość wobec takiej rzeczywistości jest czymś jak najbardziej naturalnym i zdrowym. Może jednak przybrać również niezdrowe formy (chorobę od zdrowia dzieli jedynie stopień natężenia). Całkowita negacja pewnego zjawiska, unikanie go i próba zupełnej anihilacji - zamiast zmierzenia się z nim, przepracowania go i włączenia do rzeczywistości - nosi wszelkie znamiona pewnego rodzaju zaburzenia. Toteż ten element psychicznej struktury libertarianizmu określę mianem państwofobii (zapożyczając ten termin ze wspomnianego wykładu Michela Foucaulta).

Warto dodać, że alternatywą dla państwofobii nie musi być całkowite podporządkowanie się państwu. Co więcej, niechęć do państwa i próba zniesienia go mogą posiadać również inne podstawy. Wydaje mi się jednak, że w sytuacji polskiej przeważają przykre doświadczenia socjalistyczne. Charakterystyczne jest również to, że "lekarstwa" poszukuje się zawsze właśnie w wolnym rynku. Warto pamiętać, że zarówno Berenson (właściwie: Walwrożeński), von Mises, Hayek i Rand wyemigrowali do USA, będącego - w pewnym sensie - kwintesencją wolnego rynku. Również poPRLowska Polska zwracała swe oczy szczególnie ku modelowi amerykańskiemu.


ZIEMIA JEST GŁADKA
Sfera (czyli powierzchnia kuli) jest takim obiektem, który nie posiada centrum. Jest również, w konsekwencji swej matematycznej definicji, czymś "gładkim", czyli czymś takim, czego wszystkie elementy są równorzędne. W konsekwencji każde z miejsc sfery jest równie obojętne, równie neutralne, co wszystkie pozostałe. Kolejny element psychiki liberałów i libertarian określę jako przeświadczenie o absolutnej sferyczności Ziemi (a co za tym idzie: o jej gładkości). W ten obrazowy sposób ujmuję przekonanie o tym, że likwidacja państwa i całkowite uwolnienie rynku ustawi wszystkich graczy w tej samej neutralnej, obojętnej i w konsekwencji równej pozycji. Narzuca się tu natychmiast krytyka, tego poglądu, z perspektywy historycznej czy klasowej. Zostawmy ją jednak na chwilę i przyjrzyjmy się czysto przestrzennemu przypadkowi, dokonajmy "geograficznej analizy kapitalizmu".

Wyobraźmy sobie dwa kraje, jeden jest bogaty w surowce naturalne, a przede wszystkim posiada żyzną ziemię, która rodzi obfite plony. Posiada jednak niewielką linię brzegową. Drugi kraj posiada o wiele mniej żyzną ziemię i mniej surowców naturalnych, za to bardzo długą linię brzegową. Mieszkańcy pierwszego mają dogodne warunki do utrzymania się na podstawowym poziomie i niedogodne do prowadzenia handlu najważniejszego typu (tzn. morskiego). Drugi cierpi na niedostatek podstawowych artykułów, ale z łatwością może prowadzić ów handel. Jeśli nie nastąpi żadnego rodzaju zewnętrzna (polityczna) ingerencja możemy przypuszczać, że dojdzie do "naturalnej specjalizacji": pierwszy kraj skupi się na wydobyciu i rolnictwie, drugi na kupiectwie. Wystarczy minimum wiedzy ekonomicznej, by wiedzieć, że z perspektywy kapitalizmu (wolnego rynku) to druga z tych aktywności jest korzystniejsza i przynosi większe profity. Kupiec morski może wybierać pomiędzy wielością punktów zaopatrzenia i zbytu, a tym samym wybierać te, gdzie najtaniej kupi i najdrożej sprzeda, pomnażając tym samym swój kapitał! Natomiast producent z dostępem do tylko jednego punktu zbytu/zaopatrzenia (tu: portu) będzie miał wysoce ograniczoną liczbę opcji. Z pewnością nie brak mu będzie jedzenia itp., ale wszystkie towary, których nie produkuje jego własny kraj, zwłaszcza dobra luksusowe i egzotyczne, będzie nabywał po bardzo wysokiej cenie, samemu przy tym niewiele zarabiając, na sprzedaży swoich dóbr. W konsekwencji wytworzy się sytuacja zależności kraju (jednostki terytorialnej) pierwszego od drugiego, wyraźna asymetria. Nikt nie ingerował w wolny rynek, każdy gracz grał zgodnie z własnym egoistycznym interesem, z takim samym poziomem racjonalności decyzji, załóżmy nawet, że każdemu sprzyjało takie samo szczęście - a jednak jeden z graczy (kupiec) wygrał, a drugi (rolnik/wydobywca) przegrał. Najbanalniejszy fakt pod słońcem - ukształtowanie terenu - pokazuje, że liberalne przekonanie o równym starcie w wolnorynkowej grze (nawet gdybyśmy "wyzerowali" historyczne zaszłości), jest zwyczajnym mitem.

Nie cierpię eksperymentów myślowych, zwłaszcza w dziedzinie społecznej. Toteż zdradzę wam sekret: omówiony powyżej przypadek nie jest eksperymentem myślowym, lecz opisem rzeczywistej sytuacji, jaka miała miejsce w okresie mniej więcej od XV do XVII wieku. Pierwszy kraj to I Rzeczpospolita, drugi zaś - Holandia. (Pomijam tu oczywiście szereg innych warunków, które doprowadziły do podporządkowanej roli Polski na arenie międzynarodowej. Chciałem wskazać ten najbardziej neutralny, mający możliwie mały związek z polityką. Tych, którzy chcieli by poznać pozostałe, odsyłam do wspaniałej książki "Fantomowe ciało króla" autorstwa Jana Sowy.)

Rozważmy sobie jeszcze przez chwilę ten geograficzny przypadek. Aby uniknąć takiej asymetrycznej relacji, która tworzy się pomiędzy wspomnianymi jednostkami terytorialnymi niezbędne byłyby pozaekonomiczne interwencje. Pierwszy z opisanych krajów powinien skupić się na stymulowaniu własnego handlu i przemysłu oraz nie dopuszczać do rozwoju handlu obcego. W praktyce wiązałoby się to "administracyjnym" (nie-ekonomicznym) regulowaniem eksportu i importu. Zalecenie całkowicie nie do przyjęcia dla wolnorynkowców. Oczywiście takie regulacje nie musiałyby być czymś trwałym, wystarczyłoby, aby funkcjonowały one do czasu odpowiednio wysokiego rozwoju wewnętrznego danego kraju. Przywołajmy tu słowa Ulyssesa S. Granta, prezydenta USA:
Przez wieki Anglia stosowała politykę protekcjonistyczną, doprowadziła ją do ekstremum i przyniosło jej to satysfakcjonujące rezultaty. Nie ma wątpliwości, że jej właśnie zawdzięcza dzisiejszą potęgę. Po dwóch wiekach Anglia doszła do wniosku, że trzeba wprowadzić w życie wolny handel, ponieważ protekcjonizm nic już jej nie przyniesie. (...) Tak więc myślę, że za dwieście lat, gdy Ameryka wyczerpie wszystkie korzyści płynące z protekcjonizmu, będzie również mogła opowiedzieć się za wolnym handlem. (cyt. za. Jan Sowa, Fantomowe ciało króla)
Zgodnie z omówionym na początku założeniem mechanistycznym libertarianie wierzą w wolny rynek niczym w aczasową ideę, której należy podporządkować rzeczywistość jak najszybciej i to jednym ruchem ręki (likwidując państwo). Nie biorą oni pod uwagę historycznych warunków wyłaniania się gospodarki wolnorynkowej, nierównego rozdysponowania owych warunków i wynikłych z tego (a nie z aktualnej błędnej polityki) asymetrii gospodarczych. Polska znajduje się na podporządkowanej pozycji światowej gospodarki nie przez swoją "tu i teraz" państwową formę, ale w wyniku historycznych zaszłości. Uwolnienie rynku na terytorium pomiędzy Odrą a Bugiem doprowadzi tylko do jeszcze silniejszego podporządkowania tutejszej gospodarki wpływom obcym i wytworzenia jeszcze większych nierówności. Toteż polscy libertarianie powinni zastanowić się, czy nie są przypadkiem tubami obcych potęg ekonomicznych (jak, w przedwyborczej gorączce, jeden z liberalnych dziennikarzy kpił na swoim blogu z pewnego polityka, którego nazwiska nie warto wymieniać).


GLOBALNA SFERA AUTONOMICZNA
Nowożytny mechanicyzm i analiza geograficzna doprowadzają nas do ostatniego elementu struktury psychicznej polskich libertarian, który chciałbym poruszyć w tym wpisie. Jest to przekonanie o niezależności ekonomii. Podnosiłem tę kwestię kilkukrotnie, na blogu Smootnego, w mojej dyskusji ze skonczonym. Mam nadzieję, że pełniejsza argumentacja, którą tu przedstawiam, lepiej naświetla tę kwestię i każe potraktować ją o wiele poważniej - tak, jak na to zasługuje.

Libertarianie uznają niezależność ekonomii od innych sfer, nie tylko życia społecznego, ale rzeczywistości w ogóle. Są oni przeświadczeni o tym, że wszelkie nieekonomiczne kwestie mają dla funkcjonowania wolnego rynku znaczenie tak małe, że można je spokojnie pominąć (vide: metafora wietrzyku i biegacza, którą posłużył się skonczony). Uważam, że przykład geograficzny i historyczny (słowa prezydenta Granta) wystarczająco wyraźnie pokazują, że mamy tu do czynienia z kolejnym mitem. Ekonomia nie jest obszarem w żaden sposób uprzywilejowanym: nie jest dziedziną ani niezależną od innych, ani fundamentalną (tzn. taką, od której zależą wszystkie inne), ale jedną obok wielu, nachodzącą na nie i zależną od tego, co dzieje się w pozostałych. Ten mit jest szczególnie niebezpieczny, ponieważ jest jednym z mitów, na których opiera się nowożytny światoobraz naukowy, a więc to, co większość wciąż uznaje za miarę racjonalności. To mit niezależności, z którego narodziła się naukowa specjalizacja, dziś powoli i z wielkim trudem przekraczana.

Nie ogranicza się to oczywiście do geografii i historycznych decyzji politycznych, takich obszarów wpływu jest wiele. Choćby społeczna produkcja podmiotowości. Wolny rynek potrzebuje dwóch, podstawowych typów zachowań: akumulacji i inwestycji (które uprzywilejowuje) oraz konsumpcji (która jest zachowaniem podrzędnym). W pewnym sensie są one proporcjonalne: by jedni mogli więcej akumulować i inwestować, drudzy muszą więcej konsumować. Potrzeba zatem społecznej produkcji jak najbardziej biernych (a właściwie: reaktywnych) konsumentów, a przynajmniej konsumenckich nawyków (można je wytwarzać również w tych, którzy - skądinąd - inwestują). Dotąd za ich produkcję odpowiadało państwo - banalny przykład z czasów obowiązkowej służby wojskowej: kto nie palił, nie miał przerwy od ćwiczeń. Kapitalizm wciąż wykorzystuje te mechanizmy. Wytwarza jednak również własne - tamte nie są dla niego wystarczające. Najważniejszym z nich jest marketing. Strukturalnym zadaniem reklamy nie jest przekonać nas do tego, czy innego produktu ("zobaczę reklamę napoju A, a przecież ja wolę konkurencyjny B, więc to nie prawda, że reklama działa"). Reklama działa raczej jako całość: socjalizuje nas do konsumpcji towarów i stylów życia. Oczywiście każdy twórca reklamy stara się, aby zachęcała ona do nabycia tego właśnie produktu, który on prezentuje i osiąga w tym pewną skuteczność. Jednak nie to jest istotą reklamy. Jej socjalizująca funkcja wyjaśnia także, dlaczego nie możemy mówić o tym, że reklama istniała od zawsze: gdy w średniowieczu kupiec zachęcał do kupna swojego towaru, to wytwarzał raczej chwilową potrzebę, niż stałą dyspozycję podmiotową. Jeśli natomiast ktoś twierdzi, że reklama istnieje od zawsze, bo np. wchodzenie w związek polega na wcześniejszym, jak najlepszym zareklamowaniu siebie, to ujmuje siebie w kategoriach towaru, a nie bytu ludzkiego - jest to być może pewna przypadłość naszej epoki, ale z pewnością nie jakaś transhistoryczna stała. Z resztą, socjalizujący nas do konsumpcji marketing, to nie tylko reklama. To również wszelkie promocje, kupony rabatowe, punkty do zbierania, czy zniżki dla stałych klientów - wszystko to, co wyrabia w nas nawyk kupowania ponad faktyczną potrzebę.

Warto pamiętać również o tym, że kapitalizm wykorzystuje nie-kapitalistyczne formy produkcji (np. niewolnictwo we współczesnych Chinach), ponieważ zapewnia to lepszy obrót kapitału: cena produkcji towarów jest tańsza, a dzięki temu wyższe są konsumpcja i akumulacja. Wolny rynek zależy zatem od tego, co nie-wolne. (Właśnie do tego odnosi się, zamieszczony na początku wpisu, obrazek.)

Podsumowując należałoby zauważyć, że wiele, z wymienionych tu elementów strukturalnych psychiki, jest typowa nie tylko dla libertarian, ba - nawet nie tylko dla mieszkańców naszego kraju. Struktury (czy też, jak wolę je nazywać: maszyny) mają jednak to do siebie, że mniej liczą się ich elementy, a bardziej ich konkretna mieszanina, konkretne powiązanie. Ten sam element, nawet wiele tych samych elementów, może występować w różnych strukturach/maszynach, a jednak inaczej "zmieszane" będą tworzyły zupełnie inny efekt. Chcąc wyjść poza owo tytułowe "z" ważniejsze, niż wymienianie kolejnych składników, byłoby właśnie pokazanie specyfiki ich libertariańskiego połączenia. Mam nadzieję, że jasne jest, że owo zadanie nie anuluje przeprowadzonych powyżej rozważań - co najwyżej je usprawnia.

ZAKOŃCZENIE: REALNY KOMUNIZM
Jeśli komunizm potraktować jako alternatywę dla kapitalizmu (wolnorynkowego automatyzmu) oraz socjalizmu (państwowych regulacji), to czym powinien się on cechować? Jakiego typu psychiki wymagałaby podmiotowość komunistyczna? Ponownie pozwolę sobie jedynie na wskazanie kilku elementów, bez wiązania ich w maszynową całość.

Po pierwsze, konieczne byłoby zastąpienie mechanistycznego światoobrazu innym - roboczo nazwijmy go: organicznym, tj. takim, który świadomy jest wzajemnego nachodzenia na siebie dziedzin, ich czasem symbiotycznego, a czasem pasożytniczego działania. Taki, który nie oddzielałby ekonomii od kultury, ale też kultury od ekonomii. Wiązałoby się z tym również przyjęcie innego pojęcia czasu: już nie punkty na osi, lecz wielość linii (linia, w przeciwieństwie do punktu, zawiera - tzn. utrzymuje w istnieniu - zarówno przeszłość jak i przyszłość, czyni je obie realnymi, znaczącymi i mającymi wpływ na tę chwilę spięcia, którą określamy mianem teraźniejszości).

Po drugie, niezbędne byłoby przeprowadzenie do końca procesu oświecenia, takiego, jak zdefiniował go Kant: jako wyjścia z okresu niedojrzałości. Mówiąc inaczej, jednostka powinna wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce i nie poddawać się ani decyzjom swoich władców (tu: państwu), ani zewnętrznym automatyzmom (tu: wolnemu rynkowi). Wymagałoby to zatem samodzielnego dokonywania regulacji "środowiska ekonomicznego". Z pewnością nie za pomocą jednostkowych aktów, ich bezsilność (a w każdym razie marginalność) jest dosyć oczywista. Wskazówką, gdzie szukać takiego rozwiązania, jest - w moim przekonaniu - koncepcja kooperatywów i spółdzielni (wymiar ekonomiczny) oraz komun i związków przyjaźni (wymiar całościowy), stworzona przez Edwarda Abramowskiego. Z owym wychodzeniem z niedojrzałości wiąże się również kontynuacja "walki z cieniem Boga", czyli z wszelkimi formami poddaństwa i wątpienia we własną moc sprawczą. A także z wszelkimi nawykami, które nieświadomie przenosimy. Komunizm wymagałby zatem zmiany habitusu poprzez trenowanie odpowiednich zachowań, odpowiedniego stylu życia.

33 komentarze:

  1. Chyba przekonałeś mnie do przeczytania książki "Fantomowe ciało króla". :)

    " Za wiarą tą idzie kolejny element, również pochodzenia religijnego (a może raczej: religijno-despotycznego): potrzeba podporządkowania się temu, co poza nami. W tym kryje się zagadka osobliwego darwinizmu liberałów: pragną oni odebrać człowiekowi moc przekształcania własnego środowiska. Ich dążenie do likwidacji państwa, to w istocie dążenie do tego, by człowiek godził się na wszelkiego rodzaju automatyzmu, by bezwarunkowo poddawał się temu, co "ponad" nim (Bogu, despocie czy wolnemu rynkowi - strukturalnie nie ma tu najmniejszej różnicy)."

    Przecież musi być jakaś ogólna zasada (albo zbiór zasad) regulująca naszą koegzystencję na tym świecie. Tym czymś jest prawo. Czy będzie ono tworzone przez parlament, Boga (a raczej kapłanów), wolny rynek - obojętnie. Prawo to prawo i wszyscy pod nie podlegamy i powinniśmy się dostosować do ogólnych zasad na danym terenie. Poza tym pamiętaj, że wolność do ingerowania w wolny rynek kłóci się z wolnością od ingerencji w tenże wolny rynek. To taka gra o sumie zerowej.

    "Kolejny element psychiki liberałów i libertarian określę jako przeświadczenie o absolutnej sferyczności Ziemi (a co za tym idzie: o jej gładkości). W ten obrazowy sposób ujmuję przekonanie o tym, że likwidacja państwa i całkowite uwolnienie rynku ustawi wszystkich graczy w tej samej neutralnej, obojętnej i w konsekwencji równej pozycji."

    Nie. Ja uważam, że uwolnienie rynku będzie korzystne dla rywalizacji między graczami. Sama rywalizacja jest zaś moim zdaniem kluczowa dla rozwoju społeczeństwa.

    "Zgodnie z omówionym na początku założeniem mechanistycznym libertarianie wierzą w wolny rynek niczym w aczasową ideę, której należy podporządkować rzeczywistość jak najszybciej i to jednym ruchem ręki (likwidując państwo)."

    Nie do końca. Ja myślę, że nie da się zlikwidować państwa, ot, tak od machnięcia ręką. Likwidacja państwa to proces, który zresztą od jakiegoś czasu ma już chyba miejsce. To, że odchodzi się od państw narodowych, a na ich miejsce powołuje się jakieś ponadnarodowe organizacje (np. Unia Europejska) , jest przecież oznaką słabości państwa jako takiego. Przed rokiem zamieściłeś na swoim blogu taki artykuł:
    http://immanencja.blogspot.com/2013/07/stawanie-sie-pojecia-bog.html
    - interesująca jest tu przede wszystkim analiza Nietschego: bóg stając się bogiem uniwersalnym zatraca swoją naturę, innymi słowy degeneruje się. To teraz zamień sobie "boga" na "państwo".

    Wracając do meritum. Libertarianie są raczej dosyć szerokim ruchem, gdzie występuje wiele (często sprzecznych ze sobą) postaw, ale mi się jednak zdaje, że to, że libertarianie organizują się choćby. w partie polityczne (ich program zakłada stopniowe zmiany), przeczy Twojej tezie.

    OdpowiedzUsuń
  2. " Toteż polscy libertarianie powinni zastanowić się, czy nie są przypadkiem tubami obcych potęg ekonomicznych"

    Ok, zastanowiłem się. Nie jesteśmy. Chyba nie uważasz, że zmuszenie ludzi do wysiłku i konkurowania z obcymi potęgami będzie mniej korzystne od protekcjonizmu, tj. utrwalaniu niewydolnych rozwiązań i, co za tym idzie, powiększania się przepaści dzielącej nas od tych mocarstw.

    Jeżeli chodzi o ekonomię, to zauważ, że pisałem o motywacjach, które to dzieliłem na ekonomiczne i pozaekonomiczne. Motywacjom pozaekonomicznym nie przypisywałem dużego znaczenia na ekonomię. Tyle. Ty natomiast piszesz o wpływie czynników pozaekonomicznych na ekonomię, a to chyba jednak co innego.

    "Jeśli natomiast ktoś twierdzi, że reklama istnieje od zawsze, bo np. wchodzenie w związek polega na wcześniejszym, jak najlepszym zareklamowaniu siebie, to ujmuje siebie w kategoriach towaru, a nie bytu ludzkiego - jest to być może pewna przypadłość naszej epoki, ale z pewnością nie jakaś transhistoryczna stała."

    To ja! To ja! A tak na serio: sam twierdzisz, że reklama nie jest tylko promocją towaru, a raczej służy promowaniu jakiegoś stylu życia. Reklamujący staje się więc dla mnie właściwie bytem ludzkim, a przynajmniej czymś z podobnymi do ludzkich możliwościami. Reklamujący nie sprzedaje towaru - on sprzedaje siebie. Firma pokazuje jaka to ona jest fajna i w ogóle. Działa dokładnie tak samo jak chłopak starający się o względy dziewczyny. Tak ja to rozumiem, ale nigdy się jakoś specjalnie tym nie interesowałem, więc to raczej tylko taka moja intuicja.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Fantomowe..." naprawdę polecam, zmienia spojrzenie na historię Polski. A przede wszystkim stawia kłopotliwe, dające do myślenia pytania w kontekście ekonomiczno-politycznym.

    Twoje nawiązanie do prawa... wiesz co mógłbym powiedzieć jako anarchista ;) Ale żeby nie uciekać się do takich czysto negatywnych tez spróbuję napisać coś konstruktywnego. Prawo widzę jako właśnie taki religijno-despotyczny, tzn. transcendentny zbiór zasad, któremu się podporządkowujemy niejako bez zastrzeżeń, które traktujemy jako coś automatycznego, naturalnego, oczywistego, coś co samo przez się wymaga naszego posłuszeństwa. O tyle jeśli porównujesz reguły wolnego rynku z prawem, to jest to dla mnie porównanie jak najbardziej trafne i potwierdzające to, co myślę. I z czym wciąż się nie zgadzam. Właśnie tego automatyzmu powinniśmy się pozbyć w obu wypadkach.
    Wyjdźmy od nieco prostszego przypadku. Prawo jest z natury konserwujące, nie jest w stanie uwzględnić nowych potrzeb ludzkich i zmusza ludzi do rezygnacji z tych potrzeb. Każda zmiana w prawie musi być okupiona długą walką (jakiś banalny przykład: kiedyś mało kto jarał zioło, nie było społecznej potrzeby, teraz więcej ludzi pali i ubiegają się o zalegalizowanie, powstała społeczna potrzeba, ludzie przestają to uważać za straszne zło, widzą w tym zwykłą używkę, jak piwo, ale prawo wciąż widzi w tym wielkie zło: narkotyk). W tej sytuacji alternatywą byłoby o wiele bardziej zdynamizowane prawo, potrafiące szybciej i elastyczniej reagować na potrzeby społeczeństwa (albo wręcz brak regulacji prawnych w większości - jeśli nie wszystkich - takich przypadkach). Ponadto obok elastyczności należałoby wprowadzić rozdrobnienie, tzn. różne "podgrupy" społeczne same by ustalały własne podejście do danej kwestii (zamiast jednego nadrzędnego prawa).
    Czyli zamiast uniwersalnego, transcendentnego (ustalanego niejako poza jednostką) i sztywnego prawa regulacja w postaci immanentnych (jednostka sama wybiera grupę, której prawo jej odpowiada i współtworzy je z tą grupą), różnorodnych i elastycznych regulacji (a jeśli pytasz o regulacje pomiędzy takimi różnorodnymi grupami, to powinny mieć one postać równie elastycznych negocjacji).
    Coś analogicznego można sobie wyobrazić odnośnie rynku: zamiast poddawania się jakimś uniwersalnym regułom rynkowej gry, wspólnotowa i różnorodna ingerencja w rynek. (Łatwo to sobie wyobrazić w skali państwowej w postaci np. regulacji importu i eksportu, trudniej - na chwilę obecną - na mniejszą skalę... być może jakimś tropem jest tu Abramowskiego koncepcja spółdzielni spożywców.)

    Jeśli chodzi o kwestię rywalizacji. Mogę się z tobą zgodzić, że rywalizacja rozwija społeczeństwo. Ale... come on... ekonomiczna? Uważam, że są o wiele ważniejsze i bardziej wartościowe dziedziny, w których należałoby stymulować rywalizację, a które lepiej rozwijają społeczeństwo. Choćby - przykład niekontrowersyjny - nauka. Lepiej stymulować naukę (ale stymulować ją nieekonomicznie, tzn. nie stymulować pieniędzmi "coś robienie" tych, którzy podają się za naukowców, tylko stymulować rzeczywisty rozwój wiedzy).

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli chodzi o Nietzschego, to nie do końca jest tak, jak piszesz. Faktycznie, Bóg, w miarę swojego rozwoju, umiera, ale nie umiera logika systemu opartego na Bogu (wciąż widać jego cień). Ateizm, z perspektywy Nietzschego, jest konsekwencją religii, ale nie w tym sensie, że religia znosi samą siebie, przechodzi w swą negację, antytezę (jak u jakiegoś Hegla), ale raczej, że zaciera swe pochodzenie, skrywa się. Ateizm jest tu subtelniejszą postacią tej samej struktury/logiki, na której wcześniej opierała się religia: np. odwołuje się do tego samego systemu wartości. Jeśli chciałbyś to zestawić z rozwojem państwa to należałoby powiedzieć, że państwo zaciera się w jakiejś subtelniejszej strukturze, która z wierzchu nie przypomina państwa, ale w głębi rządzi się tą samą, co ono, logiką. Być może tą subtelną formę byłoby Imperium, o którym piszą Negri i Hardt: globalna struktura sieciowa oparta właśnie na kapitalizmie. To oczywiście "hipoteza robocza" - uważam, że trzeba być dobrym empirystą i nie przeklejać po prostu rozwiązania jednego problemu (religia) na drugi (państwo), ale przebadać empiryczny materiał (tu: dzieje samego państwa) by sprawdzić jaką logiką się on rządzi (nie musi to być ta sama logika, co w przypadku religii).

    Motywacje pozaekonomiczne. Mój błąd, faktycznie pisałem o czym innym, a podciągnąłem to pod co innego. Tak na szybko: mogę sobie jednak wyobrazić nieekonomiczne motywacje (np. religijne), które będą bardzo mocno oddziaływały na ekonomię, tak bardzo, że nie sposób ich nie uwzględnić. Pytanie na ile będziemy manipulowali pojęciem ekonomii, bo zawsze możemy uznać, że brak zapotrzebowania wśród np. amiszów, na technologię jest czynnikiem ekonomicznym - z pewnością ma ekonomiczne znaczenie, tak, ale nie ma ekonomicznej motywacji (i gdyby nagle większość została amiszami, to wiele firm by splajtowało...).

    Reklama... Źle użyłem słowa "towar", potraktowałem je jak synonim "przedmiotu". Natomiast jeśli potraktować je prawidłowo, to "styl życia" również staje się towarem.

    A co do tuby obcych potęg. Jeszcze raz przeczytaj słowa prezydenta Granta ;) Być może w sytuacji Polski likwidacja państwa nie zmusiłaby do wysiłku i likwidacji, ale po prostu doprowadziła do ekonomicznego zmiażdżenia żyjących tu ludzi przez ekonomiczne potęgi z innych terenów. Być może (przynajmniej z perspektywy tych, którzy pragną kapitalizmu - nie jest to moja perspektywa) potrzebne jest tymczasowe wzmocnienie państwa, celem wyrównania warunków startowych. Być może (jeszcze raz: z punktu widzenia kapitalizmu) takim Amerykanom czy Niemcom opłacałoby się zlikwidować państwo już teraz, ale może to być zupełnie nieopłacalne i dziś i przez najbliższe 200 lat dla Polaków.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sorry, że dopiero teraz odpisuję, ale jakoś nie miałem ostatnio do tego głowy.

    Prawo to temat rzeka... Przemyślenia na ten temat warto byłoby zacząć od jego podstaw , ale ja nie jestem prawnikiem i moja wiedza jest szczątkowa. Tak więc będzie nieco chaotycznie. Prawo powinno być (to moja opinia) elastyczne, a właściwie jego tworzenie powinno być elastyczne, bo egzekucja prawa powinna być surowo przestrzegana - inaczej prawo nie spełnia swojej roli. Elastyczne, czyli takie, które w danym momencie najlepiej, tj. najbardziej efektywnie, normuje warunki koegzystencji jednostek i grup w danym systemie.

    To o czym ty pisałeś, czyli: "regulacja w postaci immanentnych (jednostka sama wybiera grupę, której prawo jej odpowiada i współtworzy je z tą grupą), różnorodnych i elastycznych regulacji (a jeśli pytasz o regulacje pomiędzy takimi różnorodnymi grupami, to powinny mieć one postać równie elastycznych negocjacji)." nie byłoby żadnym prawem, już prędzej bezprawiem, bo mówisz o umowach. A jest zasadnicza różnica pomiędzy prawem a umowami. Proponujesz więc zniesienie prawa i zastąpienie go systemem opartym tylko i wyłącznie o umowy.

    Obawiam się jednak, że taki system byłby bardzo nieefektywny, czyli nie reagujący na potrzeby społeczeństwa. Weźmy skrajny przypadek: grupa totalnych popaprańców (skoro nie lubisz eksperymentów myślowych, to powiedzmy, że to terroryści z państwa islamskiego) postanawia, że zabiją wszystkich nie należących do tej grupy - no chyba, że przejdą do nich. Jak wyobrażasz sobie negocjacje z takimi bandziorami? W grę wchodzi tylko rozwiązanie siłowe. Sęk w tym, że każdy takich przypadków bylibyśmy zmuszeni brać pod uwagę osobno, bo to przecież z każdymi prowadzimy osobne negocjacje. Efektywniejsze byłoby stworzenie prawa, które gwarantowałoby nietykalność osobistą, własności i powiedzmy, że stanowiłoby, że za zbrodnie należy się sprawiedliwa (proporcjonalna do popełnionych przewinień) kara. Można się bowiem spodziewać, że te rzeczy są zgodne z oczekiwaniami zdecydowanej większości społeczeństwa i pozostawienie tych rzeczy bez regulacji byłoby niekorzystne. Można się również spodziewać, że sytuacja ta nie uległaby szybkiej zmianie.

    I wiesz co? Taki system jest zgodny nawet z założeniami pewnej filozofii politycznej i nazywa się anarchokapitalizmem. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ufff... To teraz kwestia rywalizacji (ekonomicznej). Nie rozumiem skąd taka niechęć do ekonomii. Spora część z nas (o ile nie większość) poświęca w końcu co najmniej 1/3 swojego czasu na wykonywanie jakiejś pracy mającej charakter ekonomiczny przecież i nierozsądnie byłoby machnąć na tę część naszego życia ręką, czyli nie dbać o jak najwyższą efektywność naszej pracy. Stymulacja innych rzeczy, choćby nauki, taż jest ważna, choć akurat w przypadku nauki największą motywacją jest po prostu ciekawość świata, a tej człowiekowi chyba nigdy nie zabraknie ;) To niewyczerpalne źródło motywacji.

    Przykład amiszów. No więc nigdy nie odmawiałem motywacjom pozaekonomicznym możliwości wpływania na ekonomię. Napisałem tylko, że nie zmieniają one jej ogólnego charakteru, czyli rywalizacji podmiotów o jak najwięcej dóbr. Gdyby motywacje pozaekonomiczne wpłynęły na to, że nasza działalność gospodarcza przypominałaby pomoc wzajemną (o której pisał Kropotkin), a nie była opartą o wolną konkurencję i zasadę "człowiek człowiekowi wilkiem:, to wtedy przyznałbym Ci rację i się nad tym bardziej zastanowił. Istnieje jakakolwiek społeczność postindustrialna gdzie tak jest?

    No i na koniec kwestia protekcjonizmu państwowego. Ja przede wszystkim nie uważam, żeby słaba Polska miała możliwość skutecznego wsparcia naszego społeczeństwa - musiałaby to przecież zrobić na złość dużo silniejszym sąsiadom (no i zawsze bliskiej Ameryce :)). Poza tym spójrz na te narody, którym żyje się najlepiej: Szwajcarów, Szwedów, Norwegów, itd. Wszystkie te narody żyły przez ostatnie dwieście lat w państwach, które były zbyt słabe, żeby stosować tak duży protekcjonizm jak Anglia czy Francja. I kto na tym lepiej wyszedł? :) Francja lepiej niż Szwajcaria, ale Francuzi gorzej niż Szwajcarzy. Także ja się ze słowami Granta właściwie zgadzam, tylko, że mnie los państw zbytnio nie interesuje. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyszło na to, że ty jeszcze dłużej musiałeś czekać na moją odpowiedź. Wyjechany byłem ;) i nie miałem 4 dni dostępu do netu, wybacz.

    Przykład z islamskimi terrorystami też mi się za bardzo nie podoba, zbyt telewizyjny ;) Ale rozumiem o co Ci chodzi. Mam jednak do niego dwa poważne zastrzeżenia. Po pierwsze pokazuje, że anarchokapitaliści w ostatnim momencie rezygnują ze swych poglądów i pragną zachowania państwa: tak, z pozoru ułomnego, zredukowanego tylko do tej jednej instytucji (sądowniczo-policyjnej a i pewnie wojskowej, bo zagrożenie może być też zewnętrzne), ale jednak... bo - w moim przekonaniu - ta instytucja jest jedną z najważniejszych dla istnienia państwa. Tak sobie teraz myślę, że libertarianizm nie jest antypaństwowy, tylko antybiurokratyczny i nic więcej. Co po raz kolejny byłoby zgodne z polskim habitusem. A do tego ta wpajana nam w szkołach bajka o dobrych królach - Mieszkach i innych Bolesławach - stąd tylko jeden krok do pragnienia potężnego przywódcy wojskowego (oczywiście nie ingerującego w rynek). Mógłbyś jeszcze coś mówić o prywatnej policji i armiach, a jedynie nieprywatnym prawie, ale mam nadzieję, że nie muszę Ci tłumaczyć nieskuteczności tego rozwiązania (bo czemu moja prywatna policja miałaby zachowywać prawo wobec Ciebie, zwłaszcza gdybym miał silniejszą niż ty policję, jeśli by nie było zewnętrznego, nieprywatnego, publicznego organu policyjnego...?) No, zapędziłem się z tą dygresją. Zatem: po drugie. Negocjacje i dobrowolność nie wykluczają, moim zdaniem, samoobrony. Jeśli jakaś grupa pragnie zastosować przemoc wobec innej tamta powinna się bronić i tyle. Ba - nawet wreszcie będzie mogła się bronić, bo prawo jest czymś co często hamuje taką obronę (nazywa ją samosądem, uważa za bezprawie, kara, a wobec przestępstw wymaga bierności i jedynie zgłoszenia ich odpowiednim organom i potulne czekanie na ich reakcję). A każdorazowe rozpatrywanie przypadków? To chyba lepsza droga. Przykładowo: nie będziemy masowo zabijać/więzić wszystkich pasterzy, rolników i studentów, którzy wyznają islam, tylko dlatego, że 0,01% (albo i mniej) wyznawców tegoż islamu dokonuje ataków terrorystycznych. Kiedy istnieje takie uniwersalne prawo i jego zewnętrzny, wobec podmiotów, organ realizowania, to bardzo łatwo dokonywać uogólnień (takich jak to z islamem), bardzo łatwo manipulować wizerunkiem pewnej grupy (ponownie przykład islamu - bezpośredni kontakt w postaci negocjacji/konfrontacji znacznie utrudnia taką manipulację wizerunkiem, gdybyś na co dzień spotykał wielu, bardzo wielu muzułmanów zobaczyłbyś, że są różne różnorodni co nie-muzułmanie). Negocjacja zawsze wymaga indywidualnej oceny przypadku i to - moim zdaniem - jest właściwe. Negocjacja jest także czymś, co zawsze może się nie powieść i skończyć konfliktem (moje interesy i interesy jakiejś innej grupy są tak sprzeczne - np. jestem czarny, a ktoś należy do KKK - że nie może być między nami porozumienia). Ważniejsze, od podtrzymywania prawa, byłoby raczej wytworzenie odpowiednich mechanizmów, które uniemożliwiałyby przemianę takich konfliktów w niekończące się vendetty itp.

    OdpowiedzUsuń
  8. A o tym, że nie podoba mi się ten telewizyjny przykład napisałem również dlatego, że uważam go za straszak. Straszak, który ma podtrzymać istnienie państwa i usprawiedliwić państwową przemoc (wojskową i policyjną). Tego typu "bezprawie", jak terroryzm (czyli zorganizowana, nastawiona na eksterminację przeciwnika - nie liczę tu państwowych wojen, które przede wszystkim podpadają pod tę definicję, chodzi mi raczej o inicjatywy "prywatne"), nie stanowi zapewne nawet 0,001% przestępstw. Większość ludzi nie doświadczyła i nigdy nie doświadczy czegoś takiego. Kradzieże, bójki, nawet morderstwa w afekcie czy gwałty - to wszystko są w miarę "naturalne" i często spotykane "zbrodnie", będące w polu doświadczenia większości ludzi. Ale one wszystkie nie wymagają organów prawa do uporania się z nimi, wystarczy "lokalna inicjatywa" (a w pewnych przypadkach nawet nie trzeba reagować: bo jeśli ktoś mi jednorazowo wbije na ogródek i zerwie z mojej dorodnej jabłoni nawet kilogram jabłek, to naprawdę nawet nie kiwnę palcem i nie będę miał dobrego mniemania o tych, którzy na moim miejscu zrobią awanturę). Niemniej nieustanne bombardowanie nas obrazami i informacjami o terroryzmie sprawia, że za realne zagrożenie uznajemy coś, co ma małe szanse nas kiedykolwiek dotknąć i zezwalamy państwu (policji, wojsku) na istnienie, a nawet cieszymy się, że są.

    Warto tu poruszyć jeszcze bezpośrednio z tym związaną kwestię przemocy, do której być może chciałbyś się odwołać. Można przecież powiedzieć, że agresywność jest czymś wrodzonym człowiekowi i musi istnieć prawo, które będzie ją hamować. To prawda, agresywność jest wrodzona, być może nawet jest nieusuwalna. Ale jaka to agresywność? To impuls gniewu, który doznajemy na skutek czegoś, to bójka lub zabójstwo w afekcie, nawet pewne elementy wandalizmu. Do tego agresywne zachowania pod wpływem alkoholu. Wszystko to, czemu możemy przeciwdziałać za pomocą "lokalnych inicjatyw". Natomiast wrodzona nie jest agresywność taka, która przejawia się w katowaniu i mordowaniu określonych grup (Ku Kuks Klan, naziści), masowym obcinaniu rąk (Sierra Leone), prześladowaniu pewnych mniejszości (np. seksualnych), torturowaniu (specjalność nie tylko islamskich terrorystów, ale również armii amerykańskiej), czy gwałceniu pozbawionych rąk i nóg korpusów (już nie pamiętam skąd to "obrazek", wydaje mi się, że z któregoś paramilitarnego oddziału z Kolumbii). To wszystko jest agresja socjalizowana: wpajana przez daną grupę wszystkim jej nowym członkom i potencjalnym rekrutom. I z tą agresją można "walczyć" tylko przez odpowiednią kontr-socjalizację (to jeden z prawdziwych celów "genderowej edukacji", a nie przebieranie chłopców w sukienki - kolejny medialno-państwowy straszak). Myślę, że nawet przemoc domowa w większości wypadków ma podłoże socjalizacyjne, a nie "naturalne" (choćby te wszystkie powiedzonka w stylu "jak chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije", albo nieustanne mówienie o tym, że kobiety są głupsze - w domyśle: więc powinny być posłuszne, więc jeśli nie są posłuszne...).

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeśli chodzi o rywalizację ekonomiczną i np. naukową. Wydaje mi się, że można wskazać dwie podstawowe różnice. Rywalizacja ekonomiczna, seksualna czy militarna mają wymiar niemal wyłącznie ilościowy (ile zarobiłem pieniędzy, ile przeleciałem osób, ilu wrogów pokonałem). Natomiast rywalizacja naukowa, artystyczna (w niektórych wypadkach sportowa) czy filozoficzna ma przede wszystkim aspekt jakościowy (choćby przejście od fizyki Newtonowskiej do Einsteinowskiej jest skokiem jakościowym, a nie ilościowym). O tyle, moim zdaniem, ów drugi typ rywalizacji jest o wiele trudniejszy (ale też bardziej wartościowy), gdyż nie polega na mechanicznym i pustym gromadzeniu, ale wymaga realnego wysiłku twórczego.
    Druga różnica polegałaby na wektorze tej rywalizacji. W przypadku pierwszej grupy działań wektor byłby zwrócony do wewnątrz, w przypadku drugiej - na zewnątrz. I nie chodzi mi tu o przeciwstawienie egoizmu i altruizmu. Raczej petryfikacji i zmiany. Wektor zwrócony do wewnątrz, to sytuacja fiksacji, zapętlenia, krążenia wciąż po tym samym kole, co w efekcie nie różni się od bezruchu. Jest to coś mechanicznego i martwego. Natomiast wektor zwrócony na zewnątrz to wektor tego, co pozostaje w ruchu, ale nie ruchu mechanicznym i powtarzalnym, lecz ruchu reagującym na zmiany otoczenia, powiedziałbym, że jest to ruch organiczny i żywy.
    Jeśli zatem wyżej cenię jeden typ rywalizacji od drugiego, to dlatego, że jeden jest żywym i twórczym wysiłkiem, prowadzącym do realnych zmian, drugi zaś jest mechaniczną powtarzalnością, która niczego nie zmienia. (Oczywiście ten binarny schemat jest grubym uproszczeniem, ale myślę, że spełnia swoją podstawową funkcję: odpowiada na twoje pytanie.)

    Ponadto nie zgadzam się z utożsamianiem pracy z ekonomiczną rywalizacją. Panuje jakieś dziwne (a może raczej: propagandowe) wyobrażenie, że jak ktoś jest przeciw zarabianiu pieniędzy, to jest obibokiem. Nie ma tu znaku równości. Należy przestać patrzeć na pracę jako na jednolite zjawisko. Można - ponownie - wprowadzić podział na co najmniej dwa typy pracy. Taką pracę, która rozwija pełnię potencjału człowieka i taką, która jedynie wąsko specjalizuje. Drugi typ pracy to praca większości korpoludków (włącznie z maklerami giełdowymi) i robotników fabrycznych (jedni od drugich się nie różnią, nawet jeśli dostają wypłat z różną ilością zer) - mechaniczna, powtarzalna praca, która w konsekwencji degeneruje (każe patrzeć na całą rzeczywistość z jednej perspektywy... np. ekonomicznej ;)). Druga praca, to choćby praca niegdysiejszego chłopa, albo niejednej pani domu: i pranie umiesz zrobić, i ugotować obiad, i ciasto upiec, i zlew przetkać, i dzieci nauczyć chodzić, mówić, zawiązywać sznurówki, czytać, pisać, liczyć, a kiedyś to i krowę wydoić, i ogródek uprawiać - multum różnych działań, które wymagają posiadania różnorodnych umiejętności, patrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw, co komplikuje ale też poszerza zdolność oceny tejże rzeczywistości. Można oczywiście zaśmiać się z naiwności przykładu pani domu. Nie chciałem jednak od razu sięgać po ciężką artylerię. Bo taka wielość perspektyw i różnorodnych umiejętności może pojawić się również w innej sferze ludzkiej działalności: przykładem Leonardo da Vinci: naukowiec, artysta, inżynier, wynalazca, filozof... Długo by wymieniać różnorodność jego osiągnięć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kilka uwag:

    * Protekcjonizm, Grant i myślenie o gospodarce niemalże kategoriami narodowych personifikacji, do czego w zasadzie sprowadza się postulowane przez Ciebie ujęcie organicznego światoobrazu, przynajmniej wnioskując po tej notce.

    Zamiast najpierw rozstrzygnąć, czy zamykanie lub stawianie barier handlowi z zagranicą może w ogóle przyczynić się do powstawania dobrobytu, wykazując krok po kroku, jak miałoby to być możliwe, powołujesz się za Sową na autorytet polityka, nawet lepiej - wojskowego! - któremu wydaje się, że istotnie może. Wydaje mu się zresztą z tego prostego względu, gdyż dziedziny w jakich się specjalizuje/ował - zarówno polityka, a wojna już w szczególności - są grami o sumie zerowej. Im bardziej ktoś w nich wygrywa, tym bardziej inni z nim przegrywają. Produkcja czy handel jednak do tego rodzaju gier nie należą - wymiany w nich są pareto-optymalne. Polegają na tym, że każda ze stron pozbywa się czegoś, na czym subiektywnie zależy jej mniej, niż na tym co miałaby otrzymać od drugiej. Dlatego zresztą może dojść do jakichkolwiek wymian: gdyby któraś ze stron nie ceniła wyżej nad swoje tego, co do zaoferowania ma druga, nie wymieniałaby ich.

    Dodawanie obciążeń fiskalnych na towary lub zamykanie przed nimi swych granic oznacza utrudnianie, ograniczanie lub uniemożliwienie jednostkom dokonywania wymian jakich prawdopodobnie dokonałyby, gdyby tych barier im nie wzniesiono. Faktycznie jest to więc rzucanie kłód pod stopy działającym podmiotom na ich drodze do bogacenia się, gdyż muszą szukać jakiegoś drugiego, mniej korzystnego dla siebie wyboru, jakiego nie musiałyby podejmować, gdyby na swobodzie ich wyboru nie stała polityka i ego jakichś rządowych popaprańców, którzy w wyniku takiej lub innej gry politycznej, uznali jakiś obszar i zamieszkujących go mieszkańców za swoich wrogów, zagrożenie, jakich nie chcą wspierać "swoim" kapitałem, a tak naprawdę kapitałem swych poddanych, traktowanych jako produktywne bydło na swej farmie, zarządzanej z takiego czy innego parlamentu.

    Teraz mamy do czynienia z sankcjami wymierzonymi w putinowską Rosję, a tak naprawdę w producentów i konsumentów w Polsce, krajach Unii i Rosji, bo to oni nie będą mogli dokonać wymian ze sobą, tylko dlatego, że jakieś pacany u władzy (rzekomo ich reprezentujący), się ze sobą pokłóciły a ponieważ mają wpływ na to, co przekracza granice, mogą nie dopuścić do realizacji tych wymian. Widzisz dla przeciętnego konsumenta Rosjanina czy sadownika Polaka, jakąś korzyść z tego, że odtąd nie będą mogli kontynuować współpracy? Bo do tego w ostateczności sprowadza się protekcjonizm i wojny celne. Owszem, Putin może poszukać sobie innych dostawców żywności a Unia innych rynków zbytu dla swoich produktów, ale będą to mniej pożądane przez producentów i konsumentów kierunki, inaczej już dawno podjęliby na nich ekspansje. No chyba, że do tej pory i w tamtą stronę granice były zamknięte, a tego rodzaju konflikt polityczny zmienił sojusze lub wymógł na władzach konieczność otwarcia innych furtek, jako że zamknęli tamte - ale tak czy owak nie jest to wynik racjonalnej kalkulacji ekonomicznej - komu dane owoce są bardziej potrzebne i jest w stanie dać wyższą cenę, czy tym bardziej zważania na potrzeby populacji - ona jest najmniej istotna w osobistej rozgrywce - stanowi w zasadzie jeden z zasobów państwa. Tylko w takim ujęciu protekcjonizm jest możliwy do zrozumienia. Ale jest to narzędzie wzajemnego zubażania się, a nie jednostronnego bogacenia.

    OdpowiedzUsuń
  11. Stąd wracając do Granta, nie wział on pod uwagę opcji, że Anglia wcale nie bogaciła się DZIĘKI protekcjonistycznej polityce, a POMIMO niej. Przypomina mi to zresztą mój pobyt w Hastings, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Jedną z okolicznych atrakcji, poza zamkiem czy polem bitwy z 1066, są jaskinie świętego Klemensa. Aktualnie znajduje się w nich coś pomiędzy muzeum a parkiem rozrywki i tematycznie dotyczy przemytu. Przemytu, który na potęgę kwitł na południowym wybrzeżu właśnie między XVII i XVIII wiekiem, gdy Anglia prowadziła tę swą wspomnianą politykę. Proceder ten angażował coraz większe rzesze ludzi, wymagał nie lada logistyki i solidaryzował kontrekonomicznie lokalną ludność, która brutalnie potrafiła się rozprawić z donosicielami czy nawet siłami porządkowymi, tudzież innymi celnikami, jakim zdarzyło się nakryć przemytnicze kryjówki. Można więc powiedzieć, że o ile Anglia prowadziła lub starała się prowadzić protekcjonistyczną politykę, tak lud angielski nieoficjalnie prowadził swą własną, odrębną i całkowicie z tamtą sprzeczną: agorystyczną, wolnorynkową, przemytniczą. Państwo angielskie zgodnie ze starym, merkantylistycznym paradygmatem, nie chciało wzmacniać Hiszpanii czy Francji, ale lud angielski był spragniony dóbr z owych krajów i zamierzał sprzedawać tam swoje - władze mogły mu naskoczyć. Tak czy owak prowadził więc wymianę wwożąc dobra, tyle że na nielegalu, całkowicie już omijając horrendalne cła. Owszem, robota była niebezpieczna, ryzykowna, ale nawet po policzeniu sobie bonusów rekompensujących te trudy, ceny sprowadzanych towarów i tak były odpowiednio niższe niż tych legalnie oclonych, a popyt nie malał. Romantyczna przygoda awanturniczego życia, przekazywanego czasem z pokolenia na pokolenie i grania na nosie władzy skończyła się na południu właśnie wtedy, gdy Anglia otworzyła granice i przyjęła leseferyzm. Jeśli wieszanie przemytników, mordowanie kapusiów i bitwy dwustu chłopa na plażach o sprowadzony cichaczem towar są "satysfakcjonującymi rezultatami" "doprowadzonej do ekstremum polityki protekcjonistycznej", to ja nie mam już żadnych pytań.

    http://www.1066.net/bonfire/SMUGGLER.HTM
    http://www.hmag.org.uk/collections/smuggling/
    http://www.smuggling.co.uk/gazetteer_se_17.html

    Z jednej strony deklarujesz chęć walki z wszelkimi automatyzmami, a z drugiej posiłkujesz się słowami typa, będącego przez nie opanowanym, bezmyślnie uznającego, że skoro Anglia mogła przez dwieście lat utrzymywać tego rodzaju politykę i po takim okresie od niej odeszła, to USA zrobią dokładnie to samo, bo najwyraźniej stanowi to jakaś tajemną mądrość etapu a wykonanie podobnego manewru będzie niebanalnym fortelem na scenie politycznej, otwierającym drogę do sukcesu. Bez żadnej analizy, czy aby na pewno to ma prawo działać, ot powinniśmy uwierzyć na słowo...

    Napisałem, że to jest niemalże myślenie kategoriami personifikacji narodowych, bo gdy ktoś prowadzi taką narrację, że "Anglia doszła do wniosku...", to ja mam przed oczyma wizję Brytanii, Germanii, Marianne, Juan Española oraz Mateczki Rosji grających w karty, zmieniających strategie, planujących racjonalnie ileś kroków naprzód, wreszcie wcielających swoje plany w życie i reflektujących nad kolejnymi ruchami. Albo przypominają mi się animowane wstawki z "Szarży lekkiej brygady" [https://www.youtube.com/watch?v=ZGw5DKX6U6w]. Tymczasem wypada zapytać, a w jakiż to sposób "Anglia doszła do wniosku"?. "Jej" "zreflektowanie się" polegało przecież na wymarciu lub zastąpieniu określonych elit, politycznym przeforsowaniu wbrew woli poprzedników nowego programu, istnieniem chociażby takich ruchów jak cobdeniści (liberalizm manchesterski), dzięki którym udało się znieść w 1846 roku cła na zboże. [https://en.wikipedia.org/wiki/Richard_Cobden]. I to tego rodzaju światopoglądowy przewrót doprowadził do konkretnej zmiany. A mógł on wcale nie nastąpić - Anglia mogła kontynuować dotychczasową politykę, ganiać dalej kolesi ze zbożem po plażach.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mniej więcej tak samo Polska [jej rząd] zreflektowała się w sprawie ACTA, gdy ludzie wyszli na ulice. Albo gdy Gomułka ganiał sobie jakichś mniej lub bardziej wyimaginowanych syjonistów. Używanie tego rodzaju symbolicznego, antropomorfizującego języka, sugerującego jakoby państwa, kraje czy narody kierowały się w długim terminie jakimś planem, podczas gdy ich polityka w istocie składa się raczej ze spazmów wynikłych z przewrotów, przewartościowań dokonywanych w pomniejszych konfliktach wśród walczących o władzę, wprowadza jedynie w błąd i popadanie w dziwne impresje. Jeśli to ma być oznaka działania „tego subtelnego i stosunkowo nowego zmysłu, jaki wykształcił się w człowieku - zmysłu historycznego”, to ja wysiadam.

    *"Gładkość" Ziemi, kraje małe/morskie i duże/śródlądowe, uwarunkowania, nawyki i mentalność ich mieszkańców a ekonomia.

    W tym miejscu zdecydowanie stawiasz chochoła (straw-man). Nie znam, nawet pośród najbardziej wulgarnych libertarian, kompletnie niezainteresowanych wgłębianiem się w detale ekonomicznej historii świata, osób twierdzących, iż po wprowadzeniu wolnego rynku, wszyscy będą znajdować się w dokładnie tym samym położeniu. Mogą co najwyżej twierdzić, że bez względu na tego rodzaju uwarunkowania, na wolnym rynku wszyscy będą znajdować się w relatywnie lepszym położeniu, niż w gospodarce poddanej przez władzę jakiegoś rodzaju rygorom i redystrybucji. Skoro są w stanie zarabiać, utrzymując się przy życiu z poważnymi obciążeniami swojej pracy, tym bardziej byliby w stanie czynić to samo bez nich. Bez względu, czy robiliby coś bardziej czy mniej rentownego, dotyczyć będą ich te same prawa ekonomii.

    Samo w sobie porównanie Niderlandów i Polski jest bardzo ciekawe. Owszem, można byłoby się zastanowić nad przykładami ludów morskich, takich jak starożytni Grecy, przed nimi Fenicjanie (wynalazcy pieniądza przecie!), czy nad Holendrami właśnie - wszystkie te nacje zamieszkujące tereny raczej liche, wymagających pewnej refleksji - tworzenia czegoś z niczego [więc przedsiębiorczości] i tym bardziej skłaniających do zainteresowania się światem poza swymi granicami, podjęcia swego rodzaju tułaczego trybu życia - spróbować doszukać się w warunkach ich życia źródeł sprzyjających powstaniu korzystnych ekonomicznie nawyków. Być może jakiś wpływ miało również działanie jodu? Ale same nawyki czy sprzyjające okoliczności ostatecznie niczego tu nie zmieniają. Ja też mogę podrzucić ciekawostkę, wedle której ludzie Zachodu nastawieni są bardziej indywidualistycznie, bo wpłynął na to typ upraw przez nich kultywowanych [http://www.polskieradio.pl/23/53/Artykul/1122423/], ale nie wpływa to na istotę tego, czym jest gospodarowanie, handel, produktywność czy rentowność. Jeśli wyspiarze i inni „morzanie” dzięki takim czy innym uwarunkowaniom byli w stanie wybrać czy wypracować przed wszystkimi innymi model korzystniejszy, pod pewnymi względami będąc w gorszej pozycji, tym bardziej należy brać z nich przykład i się od nich uczyć, zamiast narzekać na swoje uwarunkowania.

    OdpowiedzUsuń
  13. Polska w dużej mierze była bananową republiką. Bogatą, ale opartą na tylko jednym produkcie - zbożu. Większość jej populacji zagoniona była do jego produkcji w jakiejś folwarczno-pańszczyźnianej gospodarce, zamurowano w niej tę feudalną strukturę i niewielu próbowało robić czegoś innego. Kultura szlachecka ten model tym bardziej zakonserwowała i unieśmiertelniała - kolejne pokolenia miały replikować tę sam sposób życia i zarobkowania - życia z ziemi. Szlachta w finansach się zbytnio nie wyznawała - miała od tego swoich Żydów, podczas gdy na Zachodzie powstawały banki, podejmowano coraz to bardziej złożone i odważne inwestycje, szukano nowych produktów oraz rynków zbytu. Gdy tutaj wszystko zaczęło się sypać, wciąż nie wybrano nowego modelu zarobkowania - zamiast tego obciążono chłopstwo pracą w jeszcze większym wymiarze czasowym. Pańszczyznę przecież na ziemiach polskich znieśli dopiero zaborcy. Poniekąd nic się tutaj nie zmieniło - poza produkcją żywności (co widać chociażby po tym zastopowanym eksporcie do Rosji) i tanią siłą roboczą, Polska niespecjalnie ma coś do zaproponowania komukolwiek, a jej mieszkańcy nie mają nawet szans robienia czegokolwiek innego, zgromadzenia jakiegoś sensownego kapitału, częściowo z powodu swojego ekonomicznego idiotyzmu, udzielającego się również nimi rządzącym, rekrutujących się z tego samego źródła przecież. Częściowo z powodu takiego postawienia tematu - musimy jako kraj specjalizować się w tym, a nie owym, ograniczając pozostałą inicjatywę. Musimy robić to i tylko to, wokół tego organizując strukturę społeczną. Tyle tylko, że to bzdura - szkodliwa w dodatku.

    Dodatkowo, szczególnie zaintrygował mnie ten fragment o „handlu najważniejszego typu” - morskim. Wypadałoby zapytać, na czym polega jego najważniejszość? Na tym, że często dogodnie łączył najbliższą drogą dwa punkty - na przykład w obrębie Morza Śródziemnego? Owszem, lecz nie wszystkie lokacje przecież łączy woda - Szlak bursztynowy czy Jedwabny były raczej lądowymi. No to może był tańszy, bo poruszano się za pomocą siły wiatru, a nie zwierząt pociągowych, jakie należało karmić, no i przez to miał zadatki do hurtowości [większy tonaż]? Niewątpliwie - ale inwestycja w okręty z drugiej strony to przecież było niemało i bariery wejścia do tego biznesu były spore. Morski handel nie był też najbezpieczniejszy - dalekie wyprawy ryzykowano nie tylko utratą towaru, ale też życia. Co więc decydowało o „najważniejszości” handlu morskiego? Ano, samo podajesz: „Kupiec morski może wybierać pomiędzy wielością punktów zaopatrzenia i zbytu, a tym samym wybierać te, gdzie najtaniej kupi i najdrożej sprzeda, pomnażając tym samym swój kapitał!”.

    A kupiec lądowy? Wystarczy przypomnieć sobie średniowieczne instytucje interwencjonistyczne takie jak: przymus drogowy czy prawo składu, by zdać sobie sprawę, że kupiec lądowy taką swobodą cieszyć się nie mógł. Był w znacznie większym stopniu poddany władzy, chcącej zagarnąć jego kapitał dla siebie i na lądzie mającej znacznie ułatwione zadanie, by poddać handel swej kontroli. Mórz kontrolować w ten sam sposób się nie dało. Były domeną ludzi wolnych. Nawet jeśli państwo bawiło się w korsarstwo i łupienie cudzego dobytku, nawet jeśli okrętom grozili piraci, zagrożenia te nie petryfikowały inicjatywy tak jak czyniły to na lądzie (na którym również można było zostać napadniętym i to przez byle kogo, natomiast nie każdego przestępcy było stać na okręt).

    OdpowiedzUsuń
  14. Dlatego kłamstwem jest to, co piszesz na temat braku interwencji w rynek. Handel lądowy przez sporą część historii europejskiej był bardzo regulowany. Morski - znacznie mniej, zwłaszcza przez państwa, których populacje z niego żyły [a gdy zaczynały przesadzać, pojawiała się inicjatywa przemytnicza]. Na początku miasta Hanzy a później Holendrzy, którzy wygrali z nią konkurencję na dostarczanie podobnych towarów, nie utrudniali sobie życia, krępując się ponad wszelką miarę, wykorzystywali natomiast skrępowanie innych. Nikt nie kładł łap na ich zyskach, dlatego takie notowali, górując nad pozostałymi. Ciekawym przypadkiem, pierwszą manifestacją niderlandzkiego kapitalizmu (i emancypacji kobiet, do jakiej doprowadził przy okazji) była Brugia [http://historia.org.pl/2011/10/24/brugia-kolebka-kapitalizmu-1280-1390-j-m-murray-recenzja/]. A to dopiero przełom XIII/XIV wieku!

    Rozważ jeszcze genezę wielkich odkryć geograficznych, szukania nowej drogi do Indii i Chin - były spowodowane monopolem wprowadzonym przez Turków osmańskich po upadku Konstantynopola, zamknięciem dróg lądowych dla zachodniego handlu, skutkującym rosnącymi cenami na towary ze wschodu. Taka była motywacja poszukiwania nowych dróg, ale też nieźle pokazuje podatność na wpływy władzy handlu lądowego.

    „Austriacy” rozpatrując zresztą powody przewagi Europy nad resztą cywilizacji, zauważają zresztą to samo, w większej skali. Kapitał w Europie - zdecentralizowanej w porównaniu z Chinami, Indiami czy cywilizacją islamu, mógł lawirować między takimi czy innymi państwami, wynagradzając swą obecnością te najmniej mu zagrażające. Europa jako całość stanowi poniekąd jedną, wielką metaforę Twojego kupca morskiego z jego możliwościami. [http://mises.pl/blog/2014/04/14/raico-europejski-cud/] Dlatego właśnie to ona później mogła kolonizować, a nie sama zostać skolonizowana przez kogoś innego. Portugalczycy, Holendrzy, Hiszpanie, Anglicy czy Francuzi, a nawet Szwedzi handlowali, gromadzili kapitał, wyruszali w świat. A Polacy tylko tamtych naśladowali w kwestii mody (słynne papugowanie obyczajów), ale już nie najbardziej merytorycznych, bytowych spraw, zadowalając się swą feudalną strukturą społeczną do XIX wieku. Natomiast dlaczego zadowoleni poprzestali tylko na ambicji bycia jedynie spichlerzem Europy, to już inna kwestia. Samo ukształtowanie terenu tego nie tłumaczy.

    Być może chodzi również o liczebność - trudno o jakąś bardzo hierarchiczną strukturę społeczną w stosunkowo mało licznych populacjach - pracować na swe utrzymanie muszą wszyscy. Może o ich mieszczański charakter, kontrastujący z modelem w jakim chłopów jest wielu, są na stałe przypisani do ziemi, mają wyznaczony z góry zakres obowiązków i sami nie podejmują decyzji jak się będą utrzymywać, bo to szlachcic na swym folwarku odpowiada za ich wyżywienie. Mieszczanie zajmowali się różnymi rzeczami, sami odpowiadali za swe przetrwanie i mieli największą zachętę do szukania sposobów najwydajniejszego zarobkowania - chłopu było to obojętne, bo i tak nie pracował dla siebie, a szlachcie, jako właścicielom niewolników nie zależało specjalnie na wydajności, bo nadrabiali to liczebnością swoich „mówiących narzędzi”. O ile zachód znalazł finansowe bodźce do zmiany modelu społeczno-ekonomicznego, wschód już niezbyt albo samo panowanie nad ludźmi było tam kulturowo ważniejsze od tego, by osiągali oni większe zyski.

    OdpowiedzUsuń
  15. *Państwofobia libertarian.

    Polscy libertarianie, z tego co zauważyłem dzielą się raczej na dwie części: praktycznych egoistów i teoretycznych etyków-woluntarystów. Pierwsi są dość prości - traktują państwo jak uciążliwą przeszkodę, utrudniającą osiąganie swoich celów, wymagającą nadłożenia większego wysiłku, godzącą w ich autonomię, wyobrażając sobie jak fajnie by było, gdyby nie istniała, kwestie etyczne niezbyt ich interesują. Drudzy natomiast do sprawy podchodzą inaczej. Uznają, że granice dobra i zła wyznacza stosunek woli. Jeśli czyny są obustronnie dobrowolne, są dobre (lub przynajmniej neutralne moralnie) - jeśli jednak takimi nie są, gdyż zastosowany jest przymus lub siła, taki uczynek jest bezwzględnie zły, nie ma znaczenia kto by się go nie dopuszczał i w jakim celu by tego nie popełniał. I tak mogą sobie istnieć zachowania mające wspólną istotę - darowizna i kradzież (transfer środków), przyjacielskie fellatio i zgwałcenie (akt seksualny) albo opowiadanie wymyślonych historyjek i oszustwo (przekazywanie nieprawdziwych informacji), ale złymi będą jedynie te czynione wbrew woli drugiej osoby. Państwo samo w sobie ufundowane jest na przymusie i grabieży, co zwyczajnie je dyskwalifikuje w ich oczach. Ponieważ uznają ten rodzaj etyki za obiektywny i uniwersalny, nie znajdują w niej sensownego usprawiedliwienia dla jakichkolwiek wyjątków, żadnych dozwolonych odstępstw. Działania na wolnym rynku zawierają się całkowicie w relacjach dobrowolnych, więc w tym sensie w. r. jest samym dobrem. Nawet jeśli kapitalista wykorzystuje coś, co lewicowcy nazywają przymusem ekonomicznym, to sam go jednak nie generuje, nie można zatem uznawać, iż wymusza na kimś jakichś zachowań - w przeciwieństwie do państwa, narzucającego swe prawo, pobierające obowiązkowo czy tego chcemy, czy nie podatki na cele, jakich wcale nie chcemy wspierać albo powołującego nas do swej armii. Jeśli pacyfista musi płacić na wojsko, ateusz na kościół a wierzący na dżendera i aparat państwa łamie wolę ich wszystkich, to coś jest ewidentnie nie tak. Żaden inny podmiot handlowy czy usługowy, chcący byśmy skorzystali z jego oferty, nie posuwa się tak daleko jak czyni to państwo, więc granica dobra i zła jest jasno rozpisana. Tym bardziej, że gdyby towar czy oferta z jaką wychodzi państwo była uczciwa i wartościowa, stosowanie przymusu nie byłoby konieczne by znaleźć na nią chętnych konsumentów - ponieważ jednak jest trucizną, jakiej nikt z własnej woli nie zamierza przyjmować, państwo stosuje przymus.

    Bliżej więc tej państwowej antypatii do odrazy i obrzydzenia niż strachu jako takiego, co jest poniekąd zbieżne z tym, do czego kiedyś nawiązywał T. Herok u siebie na blogu [http://utilitymon.blogspot.com/2012/03/konserwatysci-bardziej-sie-brzydza.html]. Zamyka to też drogę do „oswajania państwa” i korzystania z niego do własnych celów - z obrzydliwością wszak nie należy się stykać, lepiej się od niej całkowicie odciąć, ot tak dla swej higieny moralnej. Obrzydliwa jest więc budżetówka i wszelka statolatria, tak samo zresztą jak ten koprofil, Hegel. Po wizycie w ZUSie albo US libertarianin ma ochotę się umyć. [http://badania.net/co-nas-brzydzi/] Albo wrócić z miotaczem ognia i dokonać dezynfekcji. Woluntarysta nie ma jak wykorzystać państwa do swoich celów, bo jego cele stoją w jawnej sprzeczności z samym profilem egzystencji państwa. Nie da się wykorzystać organizacji opartej na przymusie do osiągania woluntarystycznych celów, opartych na braku tegoż.

    Dlatego też, to co dalej piszesz o mocy przekształcania środowiska i tak rozbija się właśnie o etykę. Nie ma zgody na taką moc przekształcania środowiska, która miałaby stosować przymus i łamać czyjąś wolę.

    OdpowiedzUsuń
  16. „W tym kryje się zagadka osobliwego darwinizmu liberałów: pragną oni odebrać człowiekowi moc przekształcania własnego środowiska. Ich dążenie do likwidacji państwa, to w istocie dążenie do tego, by człowiek godził się na wszelkiego rodzaju automatyzmu, by bezwarunkowo poddawał się temu, co "ponad" nim (Bogu, despocie czy wolnemu rynkowi - strukturalnie nie ma tu najmniejszej różnicy). Liberalizm to kategoryczny zakaz korzystania z przysługującej człowiekowi mocy sprawczej, mocy ingerencji i regulacji.”

    Moc przekształcania »własnego środowiska« - dosłownie *własnego* środowiska pozostaje przy prywatnych właścicielach. Jeśli coś jest Twoje, możesz to dowolnie przekształcać, nie pytając nawet innych o zgodę czy pozwolenie. Natomiast moc sprawcza polegająca na państwowej ingerencji czy regulacji godzi we »własne środowisko« innej osoby. Reguluj i ingeruj w swoje, pozostawiając cudze do regulacji i ingerencji temu, do kogo to należy. Po to każdy ma swój prywatny „bąbel”, aby cudza moc sprawcza w niego nie ingerowała i nie znosiła tego, co ten w trudzie osiągnął za pośrednictwem swojej. Liberalizm wprowadza kategoryczny zakaz korzystania z przysługującej człowiekowi mocy sprawczej poza jego jurysdykcją - a „jegość jurysdykcyjną” wyznacza nic innego jak własność prywatna. Jeśli czyjaś ingerencja może przekraczać tę granicę, de facto godzi w moją moc przekształcania mojego środowiska, bo podważa jej wyłączność. Jeśli robi to w dodatku bez mojej zgody, to tym bardziej jest niemoralnie - wracamy do woluntaryzmu, patrz wyżej.

    Automatyzmy, wszelkie boskie nadrzędności nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia dla liberałów, bo granicę wyznacza z reguły właśnie woluntaryzm. Nieważne czy coś jest automatyzmem, czy nie-automatyzmem, czy coś jest nadrzędne, czy podrzędne - ma być dobrowolne, a jeśli takie być nie może, to nie ma dla tego miejsca w świecie, czymkolwiek by nie było. Dlatego nie ma miejsca w świecie dla państwa. To cała zagadka „osobliwego darwinizmu liberałów”. [https://en.wikipedia.org/wiki/Voluntaryism]


    *Świadomość historyczna libertarian, mechanicyzm i PRL

    Najmniej istotne, ale i ta obserwacja nie jest trafna. Libertarianie bowiem są ostatnią grupą, która wierzy, że zmiana numerków Rzeczpospolitych albo ogłoszenie przez Joannę Szczepkowską końca komunizmu faktycznie wyznacza jakiś przełom. Jest dokładnie odwrotnie - nieufność tego towarzystwa do państwa i polityki, skłania je wręcz do swego rodzaju pesymizmu. W jego opinii historia leży w cieniu państwowości i tylko od czasu do czasu uwidaczniają się jakieś pozytywnie postrzegane, krótkoterminowe prześwity - a to wspomniana ustawa Wilczka, a to inicjatywy XIX-wiecznych liberałów angielskich. Generalnie jednak dzieje ludzkie to bagno zamordyzmu, które ciągnie się od wieków i generalnie poza odcięciem się od tego, herbertowskim daniem świadectwa, niewiele można zrobić. Chyba, że w małej skali, tworząc jakąś enklawę albo ruch intelektualny na jej rzecz, gromadząc siły, jak niegdyś robili to komuniści.

    I tak jak dla niektórych III RP jest PRLem-bis, tak dla libertarian sam PRL jest popłuczynami po II RP. Symbolika mogła zmienić się z bogo-ojczyźnianej na robotniczo-socjalistyczną, ale poza zmianą ideologicznej dekoracji to ciągle był ten sam ekonomiczny syf z państwowymi monopolami, gdzie jednostki nie miały życia i trudno było im się czegokolwiek dorobić. [https://libertarianizm.net/threads/etatyzm-w-ii-rp.4517/]

    OdpowiedzUsuń
  17. Jest więc odwrotnie niż to sugerujesz. Wśród libertarian nie znajdziesz zbyt wielu sądzących, że łatwo można dokonać trwałej zmiany politycznej przez wymianę jakichś elementów na inne, natomiast nie ginie duch popularyzacji alternatywy, gadania na forach czy spotykania się na w realu, prowadzenia „kawiarnianej polityki”, śledzenia co inne liby robią za granicą - fermentu myśli. Ostatecznie ten bowiem będzie miał szansę osiągnięcia kiedyś masy krytycznej i może przełoży się na jakąś poważniejszą zmianę kursu w przyszłości. Bez tej popularyzacji, tym bardziej nic się nie wydarzy. Zresztą, tym fajniej zasłużyć się stawianiem podstaw, bycia pionierem pod pewnymi względami i kontestować to wszystko. A że teraz zbliża się do jakiegoś przesilenia, nawet kuce od Korwina zdołały zaznaczyć swą obecność, trendy są w miarę pozytywne dla popularyzacji idei wolnorynkowych.

    Natomiast świadomości historycznej libertarian można sporo zarzucić, tyle że pod zupełnie innym adresem. Jak każda ideologiczna frakcja mają zaburzone postrzeganie dziejów właśnie swoim celem. Obecna jest u nich skłonność doszukiwania się w różnych lukach czy kiepsko zarchiwizowanych okresach istnienia wolnościowych społeczeństw, będących rzeczywistymi prototypami tych postulowanych. Ostatnio tą pretensjonalną kandydatką była Harappa. [http://libertarianin.org/libertarianizm/spoleczenstwa-wolnosciowe/] To jest poniekąd odpowiednik usilnego wynajdowania społeczeństw potwierdzających tezy o matriarchacie stawiane przez feministki albo innego „dobrego dzikusa” nieskażonego cywilizacją i tym bardziej kapitalizmem przez lewicowców w typie Rousseau. O ile „starsi i mądrzejsi” mogą tonować nastroje, tak młodzi stażem, potrzebujący jakiegoś empirycznego potwierdzenia warunków możliwości zaistnienia społeczeństw anarchokapitalistycznych mają w zwyczaju odkrywania ich tam, gdzie wcale ich nie było. Ale i z tego płyną jakieś pożytki, bo się tą historią jakkolwiek zajmują, w przeciwieństwie do znacząco sporej części społeczeństwa.

    Zresztą, niektóre opracowania, na przykład prawa średniowiecznej Islandii, w której nie było żadnej centralnej władzy, bronią się całkiem nieźle. [http://sredniowiecznaislandia.com/] I w tym sensie stanowią dowód, że instytucje uznawane za konieczne do utrzymywania przez państwo mogą zaistnieć dobrowolnie i organicznie z faktycznych potrzeb ludzkich, a nie jakiejś odgórnej kontroli społecznej. Stąd do anarchokapitalizmu całkiem już blisko. Nawiasem mówiąc, fragmenty świadczące o tym, że najlepsi prawnicy w takim ustroju uchodzą obok wojowników za naśladowane przez dzieci w zabawach szanowane legendy, są, moim zdaniem, rozbrajające.

    To samo dotyczy zresztą debunkingu, odmitologizowywaniu rzekomej wolnorynkowości u powszechnie postrzeganych jako takich polityków jak M. Thatcher czy R. Reagan albo ostatnio eksperta od polskiej transformacji - Sachsa, którzy dla libertarian z oczywistych powodów nie zasługują na „certyfikat ideologicznej koszerności”, bo za słowami nie szły odpowiednie czyny. [https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn2/t1.0-9/10153214_575097119253972_3743807372622440786_n.png]

    Historyczną świadomość libertarian jest poniekąd rozbudzana przez ich naturalną nieufność do państwa, starającego się jej nauczać. Może być w jakimś sensie wypaczona - część może z przyzwyczajenia wybierać rewizjonistyczne interpretacje, nawet tam gdzie te "oficjalne" są bliższe prawdy. Ale wynika to z czegoś zupełnie innego niż "mechanicystyczne założenie". To raczej założenie, że żadnym sk... u władzy ufać nie wolno. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamiast najpierw rozstrzygnąć, czy zamykanie lub stawianie barier handlowi z zagranicą może w ogóle przyczynić się do powstawania dobrobytu, wykazując krok po kroku, jak miałoby to być możliwe, powołujesz się za Sową na autorytet polityka [...]."

      Rozumiem, że czytałeś "Fantomowe ciało króla" Sowy.

      "Protekcjonizm, Grant i myślenie o gospodarce niemalże kategoriami narodowych personifikacji, do czego w zasadzie sprowadza się postulowane przez Ciebie ujęcie organicznego światoobrazu, przynajmniej wnioskując po tej notce."

      Mój tekst najwyraźniej czytałeś tak samo.

      Widzisz, Sowa pisze przede wszystkim jako historyk. Próbuje odpowiedzieć na pytanie dlaczego Polska jest krajem peryferyjnym (wobec kapitalistycznego centrum). Bierze pod uwagę m.in. kwestie ekonomiczne. I rozważa je właśnie jako historyk. Pokazuje jak FAKTYCZNIE stał się możliwy wolny rynek. Odwołuje się przede wszystkim do danych empirycznych, a nie jałowych abstrakcji i eksperymentów myślowych, które niby coś udowadniają, a faktycznie są tylko czysto retoryczną strategią.
      Słowa Granta Sowa przywołuje na samym końcu rozdziału o gospodarce. Nie są tezą, którą zastępuje rzetelne analizy - jak próbujesz sugerować - ale jedynie komentarzem, niejako ozdobnikiem na koniec owych analiz (z zakresu historii gospodarczej).

      Czemu uważam je za ozdobnik? Ponieważ są swego rodzaju argumentacją post factum, taką, która opiera się właśnie na mechanistycznej wizji rzeczywistości. Polegają one na obcięciu całej przeszłości, potraktowaniu dziejowej rzeczywistości jako nieistotnej i aczasowym rozważaniu sytuacji. Sęk w tym, że ów "punkt widzenia wieczności" to tak naprawdę punkt widzenia teraźniejszości, teraźniejszości takiej, jaka została wytworzona przez procesy historyczne. Procesy, które wciąż są żywe i wciąż ową teraźniejszość drążą, a tym samym drążą, podważają ową "neutralną" argumentację. Więcej nawet: ta argumentacja jest w istocie jednym z tych historycznych procesów, tzn. nie opisuje ona rzeczywistości (tu: ekonomicznej) obiektywnie, lecz próbuje na nią oddziaływać. Libertariańskie argumenty nie są opisem, ale strategią.

      Organicystyczna perspektywa próbuje natomiast opisać zjawiska i rządzące nimi reguły uwzględniając ich historyczne wyłanianie się (a w wersji odważniejszej: próbując przewidzieć także ich przyszłe stawanie się). I myślę, że to Cię właśnie boli, bo takie spojrzenie pokazuje, że do rozwoju kapitalizmu i wolnego rynku państwo, mocne państwo (np. monarchia absolutna) BYŁO koniecznie. Zarazem jest to coś, czego nie potrafisz zrozumieć, ponieważ cały czas te analizy przekładasz na kategorie mechanistyczne. Traktujesz ten opis jako próbę wypowiedzenia się na temat aktualności i wnioskujesz, że mój tekst propaguje protekcjonizm i gospodarkę narodową. Chybiasz jednak podwójnie. Przede wszystkim dlatego, że nie zależy mi na rozwoju wolnego rynku i kapitalizmu, ale na ich przekroczeniu, pójściu dalej (a nie cofnięciu się do państwa). Gdyby jednak zależało mi na rozwoju kapitalizmu, to jeszcze nie wynika z tego, że proponowałbym powtórzenie przeszłości (czyli postawienie na gospodarkę narodową i protekcjonizm) - być może jest to jakieś rozwiązanie, a być może zaszłości historyczne wymagają innych strategii. Przywołałem słowa Granta nie dlatego, że sam proponuję podobne rozwiązanie, jak nachalnie mi imputujesz (nachalnie, bo już n razy Ci pisałem, że jestem anty-państwowcem), ale pokazuję a) historyczny proces, b) jedną z możliwych strategii dla tych, którzy pragną kapitalizmu w Polsce (ja do nich nie należę).

      Usuń
    2. A jeśli chodzi o twój przykład z Rosją, to nie potrafisz odróżnić polityki gospodarczej (o której ja piszę) od polityki "militarnej" (taką właśnie funkcję mają sankcje).

      Przykład z Anglią pokazuje natomiast że twój bazarkowy fanatyzm (sorry, ale tak mi się to właśnie jawi) zaślepia Cię na najbanalniejsze fakty. Gdyby Anglia nie wprowadziła cholernie wysokich ceł (i innych form podatku) nie miałaby pieniędzy na utrzymywanie armii, a tym samym stałaby się natychmiast łupem Francji lub jakiegoś innego mocarstwa.

      Inna kwestia: nie chodzi o narzekanie na swoje uwarunkowania, nie postuluję użalania, które miałoby kogoś skłonić do ulgowego traktowania. Sugeruję raczej, że dyskurs libertariański próbuje rozbroić tych, którzy będąc gospodarczo w gorszej sytuacji - np. "geograficznej" - tworzą sobie odpowiednie narzędzie do wydobycia się z niej. Tym narzędziem w pewnych wypadkach może być (a niejednokrotnie faktycznie było) protekcjonizm i wzmocnienie państwa. Albo po prostu jakiś rodzaj ingerencji w wolny rynek. Kiedy pokpiwałem, że polscy libertarianie są tubą obcych potęg miałem właśnie to na myśli: być może ludy uprzywilejowanych "geograficznie" krajów wyszłyby lepiej na całkowitym zniesieniu państwa i uwolnieniu rynku, jednakże absolutnie nie wynika z tego, że to samo rozwiązanie jest dobre - zwłaszcza już teraz - dla tych ludów, które żyją w gorszych "geograficznie" (ma się rozumieć: nie tylko geograficznie) rejonach świata. Faktycznie, jeśli zabierze się strategie, broń, narzędzia (ingerencje w rynek tych, którzy ich potrzebują - a nie tylko państwa ich potrzebują), jeśli wmówi się ludziom, że jedyne, co mają robić, to być posłusznym regułom wolnego rynku, to wielu ludziom, jeśli nie większości, pozostanie tylko użalanie. To jednak nie ja za tym użalaniem stoję, lecz właśnie ty.

      Jeśli chodzi o to, co piszesz o Polsce, szlachcie, pańszczyźnie, to i u Sowy znajdziesz podobne rozważania. Zwraca on uwagę także na inne fakty, jak choćby silnie antymiejską politykę szlachty (bodajże ze 20 takich czynników wymienia). To jednak nie wszystko. Ta analiza - gospodarcza - stanowi tylko jeden rozdział, w kolejnych pokazuje inne przyczyny (o ironio: przede wszystkim słabość I Rzeczpospolitej jako państwa).

      Co do handlu morskiego, to określiłem go jako najważniejszy m.in. dlatego, że trafiłem gdzieś na informację, że dziś 95% transportu towarów, to właśnie transport morski. Oczywiście chodzi też o ilość towarów, jaką jednorazowo można przewieźć. A także o to, że do czasów wynalezienia transportu powietrznego żegluga była jedynym sposobem na transport towarów między kontynentami lub - o czym sam wspominasz - z pominięciem kilkukrotnych opłat celnych, w wypadku lądowego transportu przez teren kilku państw.

      I nie mam problemu w przyznaniu wagi owego omijania ceł, tak samo jak znaczenia punktów, na linii rozwojowej kapitalizmu, którą kreślisz. Mój zarzut jest tylko taki, że dokonujesz błędnej separacji tel linii od innych. Być może wolny rynek w mocarstwach gospodarczych przeciwstawia się dziś państwu, jednak nie zawsze tak było i być może nie wszędzie tak jest i dziś. Myślisz dialektycznie i cały czas próbujesz także i mnie wpisać w binarne opozycje: skoro jestem przeciwko wolnemu rynkowi, to muszę być za państwem, skoro opisuję znaczenie regulacji państwowych dla rozwoju kapitalizmu, to muszę odrzucać takie fakty jak gospodarcze motywacje odkryć geograficznych. Niestety - kolejny błąd. Sygnalizowałem to zresztą na samym początku wpisu: "Po drugie to, że krytycznie odnoszę się do jakiegoś libertariańskiego postulatu nie oznacza, że sam popieram tezę przeciwną [...]."

      Usuń
    3. Kolejna sprawa: sposób w jaki bronisz darwinizmu ponownie opiera się na zapoznaniu "organicznej" natury rzeczywistości i projektowania na nią mechanistycznego światoobrazu. Ów woluntaryzm, o którym piszesz być może (abstrahując od setki czynników, przede wszystkim: krytyki kategorii dobra i zła) byłby właściwy w sytuacji zerowej: każdy w swoim bąblu. I ze swojej "bezczasowej" perspektywy próbujesz wmówić w bezpaństwowy wolny rynek tę "zerowość" ("wygładzasz" Ziemię, choć wydaje Ci się, że to wyśmiałeś). Czas nie jest jednak punktowy, przeszłość nie odpada jak stara skóra z węża. To, jak przebiegał rozwój kapitalizmu, ustawiło niektórych w uprzywilejowanej sytuacji i zwyczajne "odrzucenie państwa z obrzydzeniem" tego nie zmieni: jedni wystartują z gigantycznymi bąblami, a inni bez bąbli. A wedle twojego "woluntaryzmu" nie można atakować czyjegoś bąbla. Toteż taki rozkład sił pozostanie. Przystając na chwilę na ten dyskurs (który nie jest moim dyskursem) powiedziałbym, że wolny rynek to niech se będzie, tylko najpierw zrównajmy bąble, zwłaszcza te powiększone za pomocą niewolnorynkowych mechanizmów (vide: kapitaliści korzystający z niewolnictwa, np. Apple z usług Foxconna). Ponieważ masz tendencje do pochopnego czepiania się słówek podkreślam jeszcze raz: to nie mój dyskurs, ta cała teoria bąbli jest dla mnie jednym wielkim nieporozumieniem (mającym swą podstawę w mieszczańskim indywidualizmie, który sam został wytworzony przez... aparat państwowy i wdrażaną przez niego dyscyplinę... kpiąco lecz prawdziwie: twoje pragnienie indywidualnych bąbli wzięło się z tego, że nauczyciel - czyli urzędnik państwowy - kazał ci na sprawdzanie siąść osobno i pilnował, żebyś nie ściągał, mówiąc inaczej: nie działał kolektywnie... państwowa szkoła, której tak nienawidzisz, stworzyła Ciebie: indywidualistę, anty-solidarnościowca).

      Usuń
    4. „Rozumiem, że czytałeś "Fantomowe ciało króla" Sowy.”

      Zacząłem tuż po premierze, ale zniechęcił mnie swoją metodologią a przede wszystkim upychaniem do badań historycznych psychoanalizy, co przekreśla rangę książki i nie pozwala mi na jej odczytanie w konwencji „na serio” (Lacan? ...proszę...). Spodziewałem się czegoś innego, a w efekcie dostałem coś w rodzaju historycznej mitologii. To, co miało stanowić novum i być atutem książki, w mojej opinii ją zdyskwalifikowało. Oczywiście można sobie pisać wszystko, doszukując się podobieństw do społeczeństw kolonialnych, potraktować szlachecką Polskę jak Sowa to ujął jako „Polską Kompanię Kresową”, ale to raczej luźna ocenna publicystyka opinii oparta na chwytliwych analogiach, niż faktyczne mur-betonowe studium, przed drobiazgowością i nieodpartą siłą argumentacji jakiego należy klęknąć. Dlatego zapewne książka zrobiła furorę a autor został medialnym specem od „charakteru narodowego” Polaków. Przeczytałem chyba ze trzy rozdziały, ale większego wrażenia to na mnie nie zrobiło i oddałem w końcu książkę do biblioteki, znajdując ciekawsze lektury.

      Patrz, coś Ci pokażę:

      „ta cała teoria bąbli jest dla mnie jednym wielkim nieporozumieniem (mającym swą podstawę w mieszczańskim indywidualizmie, który sam został wytworzony przez... aparat państwowy i wdrażaną przez niego dyscyplinę... kpiąco lecz prawdziwie: twoje pragnienie indywidualnych bąbli wzięło się z tego, że nauczyciel - czyli urzędnik państwowy - kazał ci na sprawdzanie siąść osobno i pilnował, żebyś nie ściągał, mówiąc inaczej: nie działał kolektywnie... państwowa szkoła, której tak nienawidzisz, stworzyła Ciebie: indywidualistę, anty-solidarnościowca).”

      Skąd wiesz, że prawdziwie? Jak zweryfikujesz tę tezę? Mnie się wydaje, że mój indywidualizm wziął się z połączenia bardzo wielu czynników i doznań. Częściowo konstytucji psychicznej - z introwersji i zmęczenia wynikłego z przeładowaniem kontaktami z innymi ludźmi, wysysającego ze mnie energię, z chęci zaznaczenia miękkiej dominacji nad grupą oraz potrzebą zdobycia nad nią przewagi za pomocą takiej właśnie strategii odróżnienia się, wyszczególnienia, z faktu, że dość długo byłem jedynakiem, więc nie miałem okazji ani potrzeby dzielenia się we wczesnym dzieciństwie czymkolwiek, również miłością rodziców. Podstawy pod mój indywidualizm mogły i najprawdopodobniej powstawały znacznie wcześniej, zanim miałem do czynienia z państwową szkołą. To o czym piszesz mogło nawet niekoniecznie pełnić jakąkolwiek szczególną rolę, czy być ziarnkiem, które przebrało miarkę. Może to była po prostu „kolejna cegła w murze”.

      Sęk w tym, że nie wszyscy introwertycy zostają indywidualistami, ani tym bardziej nie angażują się w takie nurty polityczne - z całą pewnością nie montują własnych stanowisk. Nie każdy jedynak zostaje egoistą - części brakuje rodzeństwa, którego nigdy nie mieli i starają się wypełnić ten brak, tym bardziej ciągnąć do ludzi. Od innych czynników zależy, czy na ten brak zareagują w ten czy inny sposób. Wreszcie - od wielu lat wszyscy przechodzą podobny reżim edukacyjny; i naszym dziadkom czy ojcom kazano siadać osobno i tak właśnie pracować, co z większości nie uczyniło libertarian, autonomistów, afirmatorów prywatności. Więc dlaczego uznajesz, że to akurat szkoła miałaby stanowić jakiś decydujący czynnik i akurat symbolika oddzielnych ławek miałaby definiować późniejszą potrzebę prywatności i zbudowania wokół niej całego stanowiska?

      Usuń
    5. Nie jesteś w stanie niczego takiego udowodnić. O ile możesz dojść do przyczyn katastrofy lotniczej, na jaką ogólnie również składa się wiele czynników - a jest to możliwe głównie dlatego, że możliwe jest porównanie - samoloty składają się z tych samych, seryjnie produkowanych części, z materiałów o zbliżonych parametrach, więc możesz laboratoryjnie przetestować ich zachowanie w podobnych warunkach lub zbadać inne eksploatowane egzemplarze tego samego typu, tak w rzeczywistości rozwoju człowieka wszystko tak naprawdę zdarza się tylko ten jeden raz. Nie jesteś w stanie wziąć drugiego „mnie”, tym razem obdarzyć mnie znacznie wcześniej rodzeństwem (bliźniakiem?) i zobaczyć jak będę zachowywał się w nowych warunkach. Nie sprawdzisz jak bardzo moje zachowanie różniłoby się, gdyby na odwrót - w szkole kazano by mi siadać z innymi i pracować grupowo - może dyskomfort tego typu pracy spowodowałby, że zradykalizowałbym się jeszcze bardziej lub jeszcze wcześniej? Albo został już kompletnym hikikomori? W każdym razie - nie jesteś w stanie wyeliminować żadnego czynnika, podstawić na jego miejscu innego, zatem nie zważysz jak bardzo poszczególne elementy wpłynęły na to, kim jestem i co dziś robię. Nie sprawdzisz tego empirycznie, nie dokonasz demonstracji, ponad wszelką wątpliwość wykazując, że gdyby x to y, więc z. Nie wiesz w jak wielkim stopniu mój indywidualizm ma podstawę w genach (i w ilu spośród różnych możliwych światów wykazywałbym tendencje anarchizujące i separatystyczne), a w jak wielkim wynika z socjalizacji, w tym czasu szkolnego.

      Możesz jedynie przeprowadzić luźną, twórczą interpretację, rzucając kilka przypuszczalnych, ale nie dających się zweryfikować tez, tworząc na nich mitologię mej przeszłości. Być może nawet spełniającej warunki klasycznej definicji wiedzy, będącej wszak w jakimś stopniu uzasadnionymi mniemaniami, ale nad jakością tego uzasadnienia spokojnie mogę wzruszyć ramionami, albo stworzyć sobie na oko mniej wątpliwą mitologię, obfitującą w bardziej złożony i w ten sposób „ekspercki” obraz, zdolny przekonać większą rzeszę ludzi. Ale jakkolwiek złożone, wysublimowane i silnie oddziałujące na publikę by to nie było, i tak będzie niemożliwe do sprawdzenia, pozostając mitologią.

      Tak jak teraz stworzyłeś mitologię mojego rozwoju, opierając się na jakimś jednym elemencie z przeszłości, tak samo Sowa, zabawiając się psychoanalizą zajmuje się tworzeniem mitologii historycznej, opartej na próbie rehabilitacji roli centralnej władzy królewskiej. A całkiem możliwe jest, że przy silniejszej władzy, niewiele by się zmieniło albo dzieje przebiegłyby inaczej na tyle, że kto inny trafiłby na tron, albo jakiś ambitny monarcha, mając wolną rękę i większe wpływy, stałby się na tyle niebezpieczny dla sąsiadów, że wymazaliby skutecznie Polskę z map świata trochę wcześniej niż działo się to z dryfującą bez niego Rzecząpospolitą. Mógłby się zdarzyć też totalny nieudacznik. Więc z innych przyczyn, w wyniku innych scenariuszy, rezultat mógł całkiem inną drogą dojść do bardzo podobnego skutku. Generalnie większość humanistyki jest zaangażowana w podobny proceder - tworzenia nieweryfikowalnej mitologii, przydającej znaczenia takim czy innym czynnikom, więc historycy nie są wyjątkami. I nie ze swojej winy - z empiryzmem jest tym gorzej, im dalej od powtarzalności laboratorium się go wyniesie. Gdy coś zdarza się raz, pozostaje unikalne i nie sposób już nigdy ustawić tego w ten sam sposób, by sprawdzić ponownie przebieg, wyjaśnić co i jak zależało od jakich czynników, pozostaje w ogromnej mierze bezzębny. Zwłaszcza gdy nie jesteśmy w stanie zrekonstruować wszystkich uwarunkowań, a w historii nie jesteśmy, bo źródła niekoniecznie muszą mówić wszystko, a część z nich może być w dodatku fałszywa. Stąd rozstrzał między naukami ścisłymi a humanistycznymi. W ekonomii, która zdaniem ASE należy do tych drugich - również, więc trzeba ją budować inaczej.

      Usuń
    6. „Pokazuje jak FAKTYCZNIE stał się możliwy wolny rynek. Odwołuje się przede wszystkim do danych empirycznych, a nie jałowych abstrakcji i eksperymentów myślowych, które niby coś udowadniają, a faktycznie są tylko czysto retoryczną strategią.”

      No właśnie nie jest w stanie tego pokazać, bo w jego dziedzinie te dane empiryczne pozostają na ogół jałowe. To, że coś się gdzieś zdarzyło, nie decyduje wszakże o całym zakresie warunków możliwości zaistnienia tego czegoś - zaistniało, gdyż po prostu wstrzeliło się w odpowiednio między jakimś minimum a maksimum, w którym mogło do pewnego stopnia zajść. A do określenia tych granic można dotrzeć jedynie przez abstrakcje i eksperymenty myślowe, bo nie można puścić historii drugi raz, z drobną zmianą, by sprawdzić to w zupełnie realnym eksperymencie. Zresztą i tak mamy do czynienia z uteoretyzowaniem obserwacji i już wcześniej wiemy, czego szukamy w zjawiskach. Wolny rynek sam w sobie jest czymś konceptualnym, jak symetria - stanowi pewien ideał, więc co najwyżej możemy ustalić w przybliżeniu jak bardzo rzeczywistość do niego przystaje, ale samo określanie co on oznacza, to przecież domena sensotwórczej abstrakcji.

      Żeby zacząć rozumieć czyjeś działania, zamiast gapić się na dane empiryczne, trzeba zaangażować się właśnie w aprioryczne docieranie do różnych modus operandi, określania ich koniecznej, definicyjnej specyfiki i logicznej struktury, odpowiadającej za najbardziej podstawowe, pewne efekty ich stosowania. Bo właśnie ten wyabstrahowany, wykrystalizowany rdzeń odpowiada za konieczność i łączącą się z nią pewność, która w powiązaniu z empirycznym sprawdzaniem czegoś decyduje o tym, że spodziewamy się tego lub owego albo porzucamy dany aparat pojęciowy, gdy okazuje się zupełnie bezużyteczny. Po to się coś w ogóle staramy ze zjawisk wyabstrahować. Rozumienie nie polega na biernym sczytywaniu nadchodzących danych empirycznych, a na ich przetwarzaniu, wyławianiu z nich pewnych powtarzających się i użytecznych schematów.

      I tak dowodzenie odbywa się właśnie na tych schematach i abstrakcjach. Jest procesem czysto intelektualnym - same dane stanowią jedynie co najwyżej podpierający dla nich nośnik.

      „Organicystyczna perspektywa próbuje natomiast opisać zjawiska i rządzące nimi reguły uwzględniając ich historyczne wyłanianie się (a w wersji odważniejszej: próbując przewidzieć także ich przyszłe stawanie się). I myślę, że to Cię właśnie boli, bo takie spojrzenie pokazuje, że do rozwoju kapitalizmu i wolnego rynku państwo, mocne państwo (np. monarchia absolutna) BYŁO koniecznie.”

      Może sobie próbować, ale jest za wąska i zbyt ograniczona (do jedynie tego, co było), aby mogła rzetelnie odpowiadać na pytania o kompletne warunki możliwości, dotyczące znacznie większej liczby potencjalnych scenariuszy niż tylko tego jednego, wynikłego z takiego akurat ciągu zdarzeń, jaki zaistniał i jaki nazywamy historią. Równie dobrze możesz raz rzucić sobie monetą i gdy wypadnie reszka, utrzymywać, iż wypadanie reszki jest jakąś koniecznością po wykonaniu rzutu, tak jakby możliwość wypadnięcia orła nie istniała. Będzie to miało podobną wartość.

      Usuń
    7. „Ponieważ są swego rodzaju argumentacją post factum, taką, która opiera się właśnie na mechanistycznej wizji rzeczywistości. Polegają one na obcięciu całej przeszłości, potraktowaniu dziejowej rzeczywistości jako nieistotnej i aczasowym rozważaniu sytuacji. Sęk w tym, że ów "punkt widzenia wieczności" to tak naprawdę punkt widzenia teraźniejszości, teraźniejszości takiej, jaka została wytworzona przez procesy historyczne. Procesy, które wciąż są żywe i wciąż ową teraźniejszość drążą, a tym samym drążą, podważają ową "neutralną" argumentację.”

      No właśnie nie. Przejrzyj sobie na przykład „Prakseologiczną teorię stosunków międzynarodowych” [http://studiastrategiczne.amu.edu.pl/wp-content/uploads/2012/07/ps-1-2012-sulek.pdf] i przeczytaj o różnicach w postrzeganiu celów i sprawności: ekonomicznych, wojennych i politycznych. Każda z tych dziedzin różni się swą logiką i nie zawęża się wcale do samej teraźniejszości. Jeżeli uważasz inaczej, wykaż mi, że sztuka wojenna kiedykolwiek w przeszłości rządziła się inną regułą postępowania jak dążeniem do unicestwienia lub przynajmniej ograniczenia potencjału przeciwnika względem swojego. No więc - nie rządziła się, gdyż przestałaby być wtedy sztuką wojenną a stałaby się co najwyżej jakąś jej odległą metaforą. Specyfika wojny i konfliktu może się zmieniać, ale ostatecznie chodzi w niej ciągle o to samo i ten niezmienny element można ująć i opisać. Widzę, że Sułek podszedł do sprawy bardziej szczegółowo, bo wyszczególnił wojnę z polityki, nawet lepiej - uznając ją za grę o sumie ujemnej. I słusznie - ma rację. Polityka może stawać na przeszkodzie wojnie, a wojna polityce. Natomiast obie - współpracy, zwłaszcza handlowej.

      „Więcej nawet: ta argumentacja jest w istocie jednym z tych historycznych procesów, tzn. nie opisuje ona rzeczywistości (tu: ekonomicznej) obiektywnie, lecz próbuje na nią oddziaływać.”

      Zatem wszystko co istnieje, próbuje jakoś oddziaływać, jest częścią jakiegoś procesu historycznego, nie ma więc to kompletnie żadnego znaczenia poznawczego i jest czynnikiem do pominięcia, skoro nie odróżnia się w żaden sposób od całej reszty. A w takim ujęciu się nie odróżnia, nie jest zatem użyteczne do zrozumienia czegokolwiek i stanowi pustosłowie.

      „Traktujesz ten opis jako próbę wypowiedzenia się na temat aktualności i wnioskujesz, że mój tekst propaguje protekcjonizm i gospodarkę narodową. Chybiasz jednak podwójnie.”

      Nie. Ja sobie po prostu polemizuję z opiniami osób, jakim udostępniasz łamy swoich not, jako że z ich podejściem - a przede wszystkim wnioskami - się nie zgadzam. Do tego nie muszę czynić żadnych założeń na temat Twoich zamierzeń wobec protekcjonizmu czy gospodarki narodowej. Natomiast co się tyczy bezpośrednio Ciebie - z całą mocą stoję na stanowisku, że nie możesz twierdzić na podstawie rozegranych dziejów na temat warunków możliwości (zaistnienia) wolnego rynku, bo nie znasz wszystkich alternatywnych ciągów zdarzeń, mogących skutkować jego zaistnieniem - w tym takich, gdzie żadnej centralnej władzy nie było, a w.r. jednak powstał.

      „Przywołałem słowa Granta nie dlatego, że sam proponuję podobne rozwiązanie, jak nachalnie mi imputujesz (nachalnie, bo już n razy Ci pisałem, że jestem anty-państwowcem), ale pokazuję a) historyczny proces, b) jedną z możliwych strategii dla tych, którzy pragną kapitalizmu w Polsce (ja do nich nie należę).”

      Jak wyżej.

      Usuń
    8. „A jeśli chodzi o twój przykład z Rosją, to nie potrafisz odróżnić polityki gospodarczej (o której ja piszę) od polityki "militarnej" (taką właśnie funkcję mają sankcje).”

      Ależ bardzo dobrze potrafię odróżnić. Jeżeli zapoznasz się z tekstem Sułka, tym lepiej zrozumiesz na czym polegają różnice. Ja po prostu nie godzę się na istnienie nadrzędnych względem dobrowolnej wymiany, „polityk militarnych” - czy istnienia nadrzędnych nad społecznymi grami o sumie dodatniej, gier o sumach zerowych lub ujemnych. I stoję na takim stanowisku, które postuluje zmianę proporcji w największym stopniu na rzecz tych o sumie dodatniej, dominację wolnego handlu nad jakąkolwiek polityką, więc i wojną. Stąd postulat suwerenności poszczególnych właścicieli, a nie państw, które są pasożytniczą i destruktywną naroślą, kierującą się innym zestawem reguł.

      „Przykład z Anglią pokazuje natomiast że twój bazarkowy fanatyzm (sorry, ale tak mi się to właśnie jawi) zaślepia Cię na najbanalniejsze fakty. Gdyby Anglia nie wprowadziła cholernie wysokich ceł (i innych form podatku) nie miałaby pieniędzy na utrzymywanie armii, a tym samym stałaby się natychmiast łupem Francji lub jakiegoś innego mocarstwa.”

      Albo i nie. Szwajcaria, Lichtenstein, Monako czy Watykan nie mają potrzeby rywalizacji militarnej z innymi mocarstwami, nie muszą grabić swoich mieszkańców, by wystawiać jakieś armie, a istnieją sobie i nie stają się żadnym łupem. Ba! Ja nawet nie wiem, kto rządzi teraz Szwajcarią, bo ktokolwiek to jest, nie rozpycha się na scenie międzynarodowej, nie jest żadną Merkel, Obamą, Putinem czy innym Tuskiem, nie ma więc takiego wpływu na życie i biznesy mieszkańców swojego kraju jak tamci mają na swoich. Czy Szwajcaria odczuwa jakąś potrzebę prowadzenia z kimkolwiek wojen celnych? Czy zamyka granicę z Francją, by nie sprzedawać tam czekolady Lindta albo swoich scyzoryków? Czy z siłą szwajcarskiego głosu jakaś „wspólnota międzynarodowa” się liczy? Czy Szwajcaria walczy o szwajcarski sen i kantonalną demokrację na Bliskim Wschodzie? No niezbyt. Dlatego też dobrze się tam żyje, bo nie jest to istotny politycznie kraj, więc siły wytwórcze jego mieszkańców nie stają się stawką w żadnej nadrzędnej grze rozgrywanej przez jej władzę - władza ma tam stosunkowo mało do gadania, zwłaszcza na zewnątrz. I o to właśnie chodzi: by ograniczyć rządzącym pole manewru [a docelowo ich wyeliminować] i z wszystkich krajów uczynić mało istotne politycznie, aby nie utrudniały życia, nie doprowadzały do ubóstwa. A ponieważ to w państwowości leży klucz do tych wszystkich nieszczęść i to państwa stanowią coś w rodzaju klęsk żywiołowych spadających na ludność, ale stanowią jedncześnie zjawiska społeczne, można im przeciwdziałać - chociażby ideologicznie.

      Sformułowanie „bazarkowy fanatyzm” niezmiernie mi się podoba i stanowi dla mnie komplement, coś w stylu napoleońskiego „społeczeństwa sklepikarzy” rzuconego w twarz Anglikom, tyle że bardziej radykalnego. Dziękuję bardzo, łaskawco. :) Uznam to za swoje.

      Usuń
    9. „Inna kwestia: nie chodzi o narzekanie na swoje uwarunkowania, nie postuluję użalania, które miałoby kogoś skłonić do ulgowego traktowania. Sugeruję raczej, że dyskurs libertariański próbuje rozbroić tych, którzy będąc gospodarczo w gorszej sytuacji - np. "geograficznej" - tworzą sobie odpowiednie narzędzie do wydobycia się z niej. Tym narzędziem w pewnych wypadkach może być (a niejednokrotnie faktycznie było) protekcjonizm i wzmocnienie państwa. Albo po prostu jakiś rodzaj ingerencji w wolny rynek.”

      No właśnie nie jest i być nie może. Jest dokładnie odwrotnie. Znowu odsyłam to tekstu Sułka (s. 40-41). Tym słabszym, będących w gorszej pozycji pomaga tylko współpraca. To ci „silniejsi” mają powody się jej obawiać, nie chcąc utracić swojej pozycji, wzmacniając i „hodując sobie na piersi rywala”. Najsłabsi najbardziej zyskują na współpracy i najbardziej tracą na interwencjonizmie, więc równie dobrze mógłbyś od razu zalecić im samobójstwo jako metodę „do wydobycia się z gorszej sytuacji”. Chyba jednak nie o to chodzi. „Ocalić może nas tylko wolny rynek” - tak, zwłaszcza jeśli ocalenia potrzebujemy, bo jesteśmy najsłabsi.

      „Faktycznie, jeśli zabierze się strategie, broń, narzędzia (ingerencje w rynek tych, którzy ich potrzebują - a nie tylko państwa ich potrzebują), jeśli wmówi się ludziom, że jedyne, co mają robić, to być posłusznym regułom wolnego rynku, to wielu ludziom, jeśli nie większości, pozostanie tylko użalanie. To jednak nie ja za tym użalaniem stoję, lecz właśnie ty.”

      Przede wszystkim, niedobrowolna konfiskata broni, jeśli stanowiła ona własność prywatną, tym bardziej jest sprzeczna z regułami wolnego rynku. Jeśli były przeprowadzane konfiskaty, to przecież tylko z powodu politycznego i to władza takowe konfiskaty zarządzała, aby wymusić jeszcze większe posłuszeństwo. [https://libertarianizm.net/threads/bron-palna-cytaty.4105/page-5#post-117594] Po to, by łatwiej kontrolować ludzi i ich kapitał.

      Dobrowolne ustawki lub walka w obronie swojej własności nie przeczą regułom wolnego rynku, więc i istnienie strategii i broni mu nie przeczy - zwłaszcza gdy broń możesz nabyć w wolnorynkowej transakcji, a strategię zamówić w jakimś think-tanku, który Ci ją równie dobrowolnie opracuje. Konflikty militarne kiboli rozgrywane na jakichś arenach, transmitowane po całym świecie, żywiące się nimi zakłady bukmacherskie, jako biznes mają przecież rację bytu. Skoro w ramach wolnego rynku można się dobrowolnie okładać pięściami na ringu - w dyscyplinie zwanej boksem, biorąc za to pieniądze, równie dobrze można byłoby się okładać kijami bejsbolowymi albo do siebie strzelać. Grunt, żeby okładali się i byli okładani jedynie chętni. A reszta mogłaby ich dopingować lub sponsorować.

      Nie chodzi zatem o istnienie wojny i polityki jako takiej - ale o ich rolę - nadrzędną lub podrzędną w stosunku do wolnego rynku. Polityka czy wojna jako rodzaj teatru, który nie będzie mnie angażował, jeśli sobie tego nie zażyczę, czyli jako wolnorynkowy produkt, absolutnie mi nie przeszkadza, niech sobie jest, najwyżej tego nie kupię albo nie będę sprzedawał, jeżeli jest wbrew memu smakowi. Z polityką i wojną poza regułami wolnorynkowymi, takiego komfortu nie mam. Nie powiem Putinowi, że nie zamawiałem tej wojny, więc za nią nie zapłacę. Jeżeli on tak postanowi, to najprawdopodobniej nie będę miał żadnego innego wyjścia.

      „Być może wolny rynek w mocarstwach gospodarczych przeciwstawia się dziś państwu, jednak nie zawsze tak było i być może nie wszędzie tak jest i dziś.”

      Taa, nie zawsze pewnie też było tak, że polityka była grą o sumie zerowej, a handel - dodatniej, co? Najwyraźniej świat każdego dnia rządzi się innymi regułami, bo tak działa magia procesów historycznych i nigdy niczego do końca nie wiadomo.

      Usuń
    10. „Myślisz dialektycznie i cały czas próbujesz także i mnie wpisać w binarne opozycje: skoro jestem przeciwko wolnemu rynkowi, to muszę być za państwem, skoro opisuję znaczenie regulacji państwowych dla rozwoju kapitalizmu, to muszę odrzucać takie fakty jak gospodarcze motywacje odkryć geograficznych.”

      No, wiesz - jeśli uznajesz w jakichś przypadkach za zasadne doradzanie słabszym, aby stosowali interwencjonizm, to siłą rzeczy sam wpasowujesz się w binarną opozycję, bo nie możesz w tym samym czasie doradzać im, aby stosowali wolny rynek. Jeśli jakieś rozwiązania się wykluczają, nie można aprobować obu naraz. Przy okazji - czy Ty za myślenie dialektyczne uznajesz każde oparte na logice zawierającej prawo wyłączonego środka?

      „Kolejna sprawa: sposób w jaki bronisz darwinizmu ponownie opiera się na zapoznaniu "organicznej" natury rzeczywistości i projektowania na nią mechanistycznego światoobrazu. Ów woluntaryzm, o którym piszesz być może (abstrahując od setki czynników, przede wszystkim: krytyki kategorii dobra i zła) byłby właściwy w sytuacji zerowej: każdy w swoim bąblu. I ze swojej "bezczasowej" perspektywy próbujesz wmówić w bezpaństwowy wolny rynek tę "zerowość" ("wygładzasz" Ziemię, choć wydaje Ci się, że to wyśmiałeś). Czas nie jest jednak punktowy, przeszłość nie odpada jak stara skóra z węża. To, jak przebiegał rozwój kapitalizmu, ustawiło niektórych w uprzywilejowanej sytuacji i zwyczajne "odrzucenie państwa z obrzydzeniem" tego nie zmieni: jedni wystartują z gigantycznymi bąblami, a inni bez bąbli. A wedle twojego "woluntaryzmu" nie można atakować czyjegoś bąbla. Toteż taki rozkład sił pozostanie. Przystając na chwilę na ten dyskurs (który nie jest moim dyskursem) powiedziałbym, że wolny rynek to niech se będzie, tylko najpierw zrównajmy bąble, zwłaszcza te powiększone za pomocą niewolnorynkowych mechanizmów (vide: kapitaliści korzystający z niewolnictwa, np. Apple z usług Foxconna).”

      Nie, mnie kompletnie nie interesuje żadna „zerowość” - ani określanie stanu zerowego, ani uprzednie równanie bąbli, które po pierwsze jest utopijne, po drugie kosztowne (a przecież można byłoby wykorzystać te środki na faktyczną działalność w nowym ustroju, a nie do ustawiania wszystkich do „sprawiedliwej” linii startowej jak w jakimś wyścigu), a po trzecie tylko odwraca uwagę od tego, czemu ma faktycznie służyć. Raczej jak Mazowiecki powiedziałbym, że „przeszłość odkreślamy grubą linią” i zajął się budowaniem na ruinach zastanego, z takim a nie innym układem sił i rozmiarów bąbli. Za to co było przede mną, nie odpowiadam i bezpośrednio wolę przejść do meritum, do życia w swoim bąblu takim jakim jest, niż projektować jakiś sztuczny stan startowy wspólny dla wszystkich. Z oczywistych względów nikt nigdy wprowadzając nowego ustroju, nie równał pozycji wszystkich podmiotów w nim uczestniczących - co najwyżej ścinał poprzedników i innych „wrogów ludu”, którzy zaleźli mu za skórę albo stanowili zagrożenie dla nowego ładu. Nie widzę powodu, abym jako ktoś z taką propozycją ideową miał się szczególnie wyróżniać pod tym względem.

      Napisałem zresztą kiedyś taką przypowieść poświęconą właśnie fetyszyzmowi sprawiedliwości przysłaniającemu sens działania i życia. [http://fatbantha.wordpress.com/2013/02/17/dzien-na-wyscigach/]

      Usuń
  18. Ja przedstawiłem swoją wizję prawa, niekoniecznie stricte libertariańską. Sam pomysł prawa policentrycznego jest całkiem fajny (na blogu Trikstera jest nawet o tym fajny artykuł: http://trikzter.blogspot.com/2011/03/prawo-bezpanstwowe-teoria-w-praktyce-cz.html), ale moim zdaniem niedoskonały. Tworzenie takiego prawa ma bowiem sens tylko wtedy, gdy społeczeństwo opiera się na własności prywatnej. Tylko wtedy mechanizmy rynkowe zadziałają i powstałe prawo będzie realizowało (moim zdaniem) swój nadrzędny cel: zapewnianie najwyższej możliwej wydajności rozwoju społeczeństwa.

    Logiczną konsekwencją takiego poglądu jest przyjęcie przeze mnie, że prawo policentryczne nie może stać ponad jakąkolwiek osobę i jej własność (czyli i prawem, które te rzeczy gwarantuje), ale musi być im podrzędne, podporządkowane. Inne rozwiązanie będzie po prostu mniej efektywne.

    Nie jestem zwolennikiem państwa, a już tym bardziej dyktatury wojskowej. Jeżeli ludziom nie uda się obronić swojej własności i podstawowych praw, to trudno. Kapitalizm też nie narodził się w jednym momencie na całym świecie. Po prostu te cywilizacje, które stały się zalążkiem kapitalizmu, skorzystały na jego efektywności i stały się silniejsze od innych, co następnie doprowadziło do ekspansji kapitalizmu na resztę świata.

    Co do terroryzmu. Ja też nie uważam, że to wielki problem. Przykład taki, a nie inny, bo akurat teraz trochę się słyszy o powstającym kalifacie i to było pierwsze co mi przyszło na myśl :)

    Agresja jest szkodliwa (końcem końców wszyscy tracą), ale również uważam, że prawo policentryczne spokojnie sobie z tym poradzi. Najlepiej poradzi sobie jednak wtedy, gdy będzie podparte silnym prawem własności :)

    Przejdźmy do rywalizacji. Po pierwsze jakość w rywalizacji seksualnej (tu atrakcyjność danej osoby) czy militarnej (a tu siła wroga) też się raczej liczy. Ale rozumiem, że nie o to tu chodzi. Z drugiej strony nie rozumiem jednak tego podziału. Przerasta to chyba moje możliwości poznawcze :( Wybacz.

    "Jeśli zatem wyżej cenię jeden typ rywalizacji od drugiego, to dlatego, że jeden jest żywym i twórczym wysiłkiem, prowadzącym do realnych zmian, drugi zaś jest mechaniczną powtarzalnością, która niczego nie zmienia."

    Nie zgadzam się. Mam w ogóle inne spojrzenie na to wszystko. Dla mnie po prostu człowiek ma swoje potrzeby, a nawet hierarchię swoich potrzeb (piramida Maslowa). Te potrzeby są motywacją do działania i skłaniają do rywalizacji. Rywalizacja tylko przeszkadza w spełnieniu potrzeb, ale powoduje też zintensyfikowanie naszych działań. Natomiast sama rywalizacja może istnieć tylko, gdy istnieją potrzeby. Dodatkowo bez spełnionych potrzeb niższego rzędu nie mogą aktywizować się te wyższego. Tak czy inaczej nie można odrzucać rywalizacji ekonomicznej czy seksualnej, bo ona jest wynikiem realnych (i podstawowych) potrzeb ludzi, które nie znikną. Dodatkowo spełnianie tych podstawowych potrzeb nie koliduje ze spełnianiem potrzep wyższego rzędu, w tym poznawczych, przeciwnie nawet.

    "Panuje jakieś dziwne (a może raczej: propagandowe) wyobrażenie, że jak ktoś jest przeciw zarabianiu pieniędzy, to jest obibokiem. Nie ma tu znaku równości."

    Ja nigdzie nie postawiłem takiego znaku równości ;)

    Jeszcze jedna sprawa. Przy dzisiejszym stanie wiedzy nie jest możliwe, żeby jeden człowiek mógł zajmować się wszystkim. Stąd postępująca specjalizacja. Jest to pewien problem, ale go raczej nie przeskoczymy, bo wynika z ułomności naszych mózgów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko bardzo krótko w jednej sprawie: piramida Maslowa. Wiele osób bardzo chętnie się na nią powołuje, niewiedzą tylko, że jest konstruktem myślowym stworzonym ad hoc, którzy nie ma żadnego przełożenia na empirię, co - tu UWAGA - stwierdził sam Maslow. Otóż Maslow po stworzeniu tej swojej piramidy zaczął badać te jednostki, które realizowały potrzeby znajdujące się na "szczycie piramidy" i odkrył, że a) nie wspinały się one na ów szczyt przechodząc przez kolejne szczeble, tzn. nie dążyły do zapewnienia sobie wpierw zaspokojenia potrzeb niższego rzędu, by dotrzeć do tych wyższego rzędu oraz b) te, które zajmowały się zaspokojeniem potrzeb niższego rzędu, nie zaczynały odczuwać potrzeb wyższego rzędu oraz - w konsekwencji - dążyć do ich zaspokajania. Z a) i b) wynika, że nie ma niczego takiego jak piramida potrzeb (nie mówię tu - zauważ - o hierarchii wartości), że cała ta teoria była nieporozumieniem i jako takie sam Maslow ją odrzucił.

      Na resztę kwestii odpiszę w najbliższym czasie.

      Usuń
    2. Może masz rację. Ten model wydawał mi się dosyć sensowny, dlatego się na niego powołałem. No ale jeżeli nie ma przełożenia na empirię, to zmienia to postać rzeczy.

      Usuń
    3. Wybacz, że tak późno odpisuję. Trochę spraw na głowie, a w wolnych chwilach po prostu staram się mieć czas dla siebie (czego mi przez całe wakacje brakowało).

      Muszę Ci zadać pytanie, wydaje mi się, że to istotna kwestia: kiedy - dla Ciebie - rozwija się społeczeństwo? Piszesz bowiem (i wcześniej twierdziłeś coś podobnego), że twoim zdaniem kapitalizm/wolny rynek jest tym, co umożliwia realizację celu jakim jest "zapewnianie najwyższej możliwej wydajności rozwoju społeczeństwa". Pytam przede wszystkim o to, co jest przejawem rozwoju. W drugiej kolejności interesuje mnie co rozumiesz tu przez wydajność.

      Jeśli chodzi o rozróżnienie na ilość i jakość. Przykłady jakości, które podałeś w nawiasach, są czysto ilościowe (sic!). Siła wroga - ilość. Uwzględniające to sformułowanie byłoby takie: rywalizacja militarna polega na pokonaniu jak największej liczby (ilość) wrogów oraz jak najsilniejszych wrogów (ilość tej ilości - matematycznie można by to zapisać za pomocą dwóch współrzędnych). Podobnie z atrakcyjnością w przypadku rywalizacji seksualnej: atrakcyjność da się opisać czysto ilościowo (ilość atrybutów uważanych za pociągające, ale też proporcje - zdecydowanie ilościowa kategoria - ciała i konkretniej: ciała).
      Chcę przy okazji zaznaczyć, że nie twierdzę, że w rywalizacji militarnej czy seksualnej zupełnie brak czynników jakościowych, są one jednak w ogromnym stopniu zredukowane (zwinięte, w opozycji do "rozwinięte") i zdominowane przez te ilościowe. Podobnie w nauce, sztuce czy filozofii - nie są one wyłącznie jakościowe, występują tu też czynniki ilościowe (np. w nauce jest to gromadzenie obserwacji), ale inna jest ich hierarchia ważności.
      Intrygujące jest to, że nie podałeś żadnego przykładu jakości w wypadku rywalizacji ekonomicznej. Wygląda to na milczące przyznanie mi racji, że jest ona czysto ilościowa.

      Jak bym wyjaśnił różnicę między jakością a ilością? Przykładem zmiany jakościowej są np. rewolucje naukowe. Nauka działa w oparciu o jakiś paradygmat (powiedzmy: szeroko rozumianą teorię) przez pryzmat którego interpretuje dane empiryczne. Nauka, działając w danym paradygmacie, gromadzi coraz więcej danych, następnie opisuje je w języku danego paradygmatu oraz tworzy wyjaśnienia (jeśli paradygmat określiliśmy mianem teorii, to tu należałoby mówić o pod-teoriach). Co ciekawe: dane empiryczne, choć są w stanie obalić którąś z pod-teorii, nie są w stanie zagrozić samemu paradygmatowi. "Nieoczekiwaną" empirię będzie się raczej próbowało wyjaśnić przez tworzenie nowych pod-teorii, zawierających dodatkowe "spekulatywne" założenia. Tak było np. z wprowadzeniem do fizyki koncepcji eteru, który to miał wyjaśnić zjawisko rozchodzenia się fal elektromagnetycznych. To wszystko jest cały czas przede wszystkim ilościowe: zbierzmy dane, wprowadzamy dodatkowe założenia (lub odejmujemy jakieś założenia, które okazały się błędne).
      Natomiast rewolucja naukowa ma miejsce wówczas, gdy dokonuje się zmiana paradygmatu. Polega ona nie na usunięciu czy dodaniu jakichś założeń (nawet wszystkich), ale przede wszystkim na wprowadzeniu nowych powiązań, nowych relacji pomiędzy elementami (które tym samym zmieniają naturę tych elementów). Np. zastąpienie odmiennych przestrzeni i czasu przez jeden twór - czasoprzestrzeń. I ta nowa pozycja, w jakiej się znaleźliśmy (nowy paradygmat) wymaga reinterpretacji wszystkiego, co dotąd przyjmowaliśmy (reinterpretacja danych w kategoriach języka nowej teorii oraz formułowanie nowych pod-teorii). Np. dopiero taka zamiana - zmiana paradygmatu w fizyce - pozwoliła na wyjaśnienie zjawiska rozchodzenia się fal elektromagnetycznych.

      Usuń
    4. Czyli 1) ilość polegałaby raczej na dodawaniu/usuwaniu i gromadzeniu elementów, natomiast jakość na relacjach pomiędzy elementami
      oraz 2) o zmianach ilościowych można by powiedzieć, że nowy stan elementu wynika z poprzedniego stanu elementu, natomiast zmiana jakościowa oznacza zmianę samej natury elementu i to taką zmianę, która nie wynika z poprzedniego stanu elementu, a więc w żaden sposób nie da się zredukować do tego, co poprzedzające (czas i przestrzeń fizyki Newtonowskiej i fizyki Einsteinowskiej nie są tym samym, słowa pozostały, ale same elementy zmieniły swoją naturę; przy czym tego drugiego rozumienia czasu i przestrzeni nie da się wyprowadzić z tego pierwszego)
      3) ponadto w przypadku świata społecznego zmiana jakościowa - zwykle pociąga za sobą zmianę wartości tego elementu. Za przykład 2 i 3 może posłużyć wspominana już piramida Maslowa: potrzeb wyższego "rzędu" (skoro nie ma piramidy, to trochę bez sensu mówić tu też o rzędach) nie da się w żaden sposób wyprowadzić z potrzeb niższego "rzędu" (czyli: zapewnienie sobie zaspokojenia potrzeb niższego "rzędu" nie prowadzi nas do wytworzenia w sobie potrzeb wyższego "rzędu") oraz znajdując się na różnych "rzędach" osobniczego "rozwoju" inaczej wartościujemy pewne potrzeby (czyli: ktoś, kto znajduje się na "poziomie" zjeść, wypić, poruchać w miarę zwiększania swej mocy zaspokajania może jedynie jeść smaczniej, pić lepsze trunki i ruchać atrakcyjniejsze osoby, nigdy nie odczuje jednak - jako swojej - potrzeby z "wyższego rzędu", bo nie będzie jej uważał, za wartościową: w miarę gromadzenia ilości nie następuje skok jakościowy; natomiast ktoś "wchodzący" na "poziom" potrzeb "wyższych" nie tylko zupełnie inaczej będzie oceniał potrzeby "niższe", ale też inaczej je rozumiał).

      Gdybyśmy się uparli (ja się nie upieram, chcę tu raczej wykorzystać obcy mi "światopogląd", by wyjaśnić mój tok rozumowania) na model ekonomiczny jako podstawowy paradygmat wyjaśniania, a przy tym uwzględnilibyśmy ową różnicę pomiędzy ilością a jakością, to należałoby wprowadzić oddzielny, nieredukowalny rodzaj ekonomii dla każdej ze sfer ludzkich. I tak mielibyśmy monetarny rynek, na którym realizuje się potrzeby biologiczne (jedzenie, picie, seks, ubiór, dach nad głową, siła - można ją rozumieć również jako zdolność zapewnienia sobie bezpieczeństwa), następnie "afektywny" (żeby go roboczo nazwać) rynek, na którym realizuje się potrzeby psychiczno-społeczne (status społeczny, władza, miłość, przyjaźń, rywalizacja, etc.), następnie "konceptualny" rynek, na którym realizuje się potrzeby twórcze (artystyczne, naukowe, filozoficzne, ale też społeczne - w sensie tworzenia nowych rodzajów współżycia międzyosobowego, a nawet współegzystencji ludzko-zwierzęco-roślinno-krajobrazowej). Moja niechęć do kapitalizmu (odmienianego przez wszystkie przypadki: liberalizm, neoliberalizm, libertarianizm, etc.) wynika nie tylko z tego, że najwyżej w hierarchii stawia on rynek monetarny, ale przede wszystkim z tego, że zapoznaje on jakościowe różnice pomiędzy tymi rynkami, wszystkie sprowadza je do rynku monetarnego, jego reguł i wartości. W konsekwencji "nażreć się" i "odkryć czarną materię" niczym się nie różni.

      Usuń
  19. Bez przesady, to, że nie odpisywałeś mi przez parę dni, nie jest jeszcze powodem do proszenia o wybaczenie :)

    Rozwój społeczeństwa - następuje wtedy, gdy społeczeństwo staje się doskonalsze. To znaczy, że lepiej normowane jest współistnienie ludzi. Moim zdaniem taki rozwój powinien skutkować poprawą jakości życia jednostek tworzących społeczeństwo. Pisząc o wydajności miałem na myśli dynamikę rozwoju społeczeństwa. Chodzi mi w końcu nie tylko o to, żeby społeczeństwo się rozwijało, ale ważne jest, aby rozwijało się możliwie jak najszybciej.

    Co do tych zmian jakościowych i ilościowych. Czy odejście od niewolnictwa albo przejście z feudalizmu do kapitalizmu nie były zmianami jakościowymi? Jeżeli tak, to ja również chcę takiej zmiany. Czy może jest tak, że w nauce paradygmaty służą jak najlepszemu zrozumieniu świata (w sensie ilościowym), a ich zmiana na lepsze powoduje jednocześnie zwiększanie się (ilościowe) wiedzy?

    Jeżeli celem działania człowieka jest osiągnięcie szczęścia, to bycie na wyższym rzędzie jest po prostu sposobem na zwielokrotnienie swojego szczęścia, a więc wiąże się właśnie ze zmianami ilościowymi.

    To co przedstawiłeś na końcu jest może szlachetne i ciekawe, ale trzeba sobie zdać sprawę z tego, że społeczeństwo musi się rozwijać przede wszystkim właśnie militarne (a więc i gospodarczo), bo... wróg czyha. Indianie z okresu prekolumbijskiego pewnie inaczej nieco patrzyli na sprawy niższego rzędu niż dzisiejsi mieszkańcy tych terenów i nie skończyli dobrze.

    OdpowiedzUsuń