piątek, 21 lutego 2014

Śmierć Boga a ateizm(y)

Ten wpis chodził mi po głowie od kilku tygodni, ale jakoś nie mogłem się do niego zabrać: więcej tu pracy "sprawozdawczej" niż twórczej. Z drugiej strony zbyt często spotykam się z pewnymi schematami myślowymi dotyczącymi Nietzschego oraz ateizmu. Przede wszystkim chodzi mi o zwyczajową interpretację Nietzscheańskiego powiedzenia "Bóg jest martwy" (Gott ist tot), jako deklaracji ateizmu - jest ona zwyczajnie błędna. Ponadto o ateizm, deklaracje ateizmu i ateizację społeczeństwa - myślę, że powodów tychże szuka się nie tam, gdzie trzeba. Chciałbym rozbić tkwiące w tej sferze klisze myślowe i sproblematyzować ją samą.


ŚMIERĆ BOGA
Będzie dzisiaj sporo cytowania. Dlatego, że chciałbym zostać maksymalnie blisko tekstu. Ale również dlatego, że owe teksty o wiele częściej się komentuje i zasypuje swoimi opiniami, niż rzeczywiście czyta. Zacznijmy od fragmentu słynnego §125 Wiedzy radosnej:
Szalony człowiek. - Słyszeliście pewnie o tym szaleńcu, który w jasne przedpołudnia zapalał latarnię, biegał po rynku i nie przestawał krzyczeć: "Szukam Boga! Szukam Boga!" - Jako że akurat zebrało się tam wielu takich, którzy w Boga nie wierzyli, śmiechom nie było końca. Czyżby Bóg gdzieś przepadł? - rzekł jeden. Zgubił się jak dziecko? - rzekł drugi. A może trzyma się w ukryciu? Boi się nas? Wsiadł na statek? Wywędrował? - tak krzyczeli i śmieli się jeden przez drugiego. Szaleniec skoczył między nich i przeszył ich wzrokiem. "Co się stało z Bogiem? - zawołał. - Powiem wam! Uśmierciliśmy go - wy i ja! My wszyscy jesteśmy jego mordercami! [...] Bóg umarł! Bóg pozostaje umarły! [...]"
Tu się zatrzymajmy. Dostajemy bowiem pierwszą ważną wskazówkę. Ten, który ogłasza śmierć Boga różni się od ludzi zebranych na rynku, wśród których wielu było takich, którzy - Nietzsche pisze to wprost - "w Boga nie wierzyli" (gdyby ktoś potrzebował, w oryginale stoi: welche nicht an Gott glaubten). Kim oni są? Ateistami. Od dawna już nie wierzą w Boga, być może nawet nigdy w niego nie wierzyli, a pytanie o niego wydaje im się śmieszne. Na dodatek nie wiedzą o tym, że owego Boga zabili - dopiero szaleniec musi im to ogłosić. Kim jest natomiast szaleniec? Kimś kto przychodzi z zewnątrz, spoza rynku, na którym zebrali się tamci. A także kimś przejętym (krzyczy, skacze, przeszywa wzrokiem) ową śmiercią Boga. Nie jest zatem ateistą. A hasło "śmierci Boga" nie jest wyznaniem ateizmu. Nie wyciągajmy z tego jednak pochopnych wniosków - porządna filozofia nie rządzi się prostackim albo-albo. Tymczasem przeskoczmy do ostatnich linijek aforyzmu:
Opowiadają jeszcze, że szaleniec tego samego dnia wdzierał się do różnych kościołów i intonował swoje requiem aeternam deo. Wyprowadzony i indagowany, odpowiadał nieodmiennie tylko: "Czym są jeszcze te kościoły, jeśli nie grobowcami i kamieniami nagrobnymi Boga?"
Szaleniec nie jest ateistą, ale nie jest też jednym z wyznawców - był bowiem zmuszony wdzierać się do kościołów, a to znaczy, że nie przychodził tam jako "swój". Kościoły nie są też dla niego świątyniami - miejscami, w których objawia się sacrum - lecz jedynie cmentarzyskami. Można to oczywiście interpretować w duchu apologetycznym - jak miało w zwyczaju wielu rosyjskich filozofów religii - i twierdzić, że Nietzsche proponuje odnowę religii, wyrwanie jej ze skostniałego i pustego rytuału. Skomentuję tę interpretację pod koniec. Tym czasem wróćmy do aforyzmu. Po tym jak, na początku, szaleniec ogłosił śmierć Boga zaczyna wyłuskiwać jego złożony, wielowątkowy sens. Po czym:
Tu szaleniec umilkł i znów przyjrzał się słuchaczom - ci również milczeli i patrzyli na niego ze zdumieniem. Wreszcie cisnął latarnię na ziemię, aż się rozbiła i zgasła. "Przychodzę za wcześnie - rzekł - jeszcze nie czas na mnie. To niebywałe zdarzenie jest jeszcze w drodze i wędruje - jeszcze nie dotarło do ludzkich uszu. Grom i błyskawica potrzebują czasu, światło gwiazd potrzebuje czasu, czyny nawet już dokonane potrzebują czasu, aby je zobaczono i usłyszano. Ten czyn jest ciągle jeszcze bardziej ludziom odległy niż najdalsze gwiazdy - a przecież sami go dokonali!"
Wydarzenie miało już miejsce, ale mimo to wciąż o nim nie wiadomo. Potrzebuje ono by ktoś je obwieścił. Co więcej: okazuje się, że to obwieszczenie nastąpiło zbyt wcześnie, nie jest zrozumiałe. A to znaczy, że nawet ateiści nie rozumieją sensu śmierci Boga. A czym jest jej wygłoszenie? Jest diagnozą. Diagnozą w podwójnym sensie: rozpoznania i zaanonsowania. Oznacza zarówno uchwycenie procesów, które doprowadziły do obecnego stanu, jak i zapowiedzenie tego, co ma się dopiero pojawić. Diagnoza dotyczy zawsze aktualności, ale pojmuje ją jako ściągnięcie, kontrakcję przeszłości i przyszłości. Owa diagnoza dotyczy stanu kultury (europejskiej) i wiąże się z problematyką nihilizmu. Pozostawmy te wątki jako nie związane z tematem wpisu. Istotne jest to, że osiągnęliśmy tu pierwszy cel: zrozumieliśmy, że hasło "śmierć Boga" nie jest wyznaniem ateizmu i nie ma wymiaru subiektywnego, prywatnego.


ATEIZM
Przenieśmy się na jakiś czas do innego dzieła Nietzschego, do Poza dobrem i złem, w którym podejmuje on interesującą nas obecnie kwestię. Zgodnie ze swoim zwyczajem rozważa ją z wielu stron, ukazując mnogość splatających się w niej sensów. Zacznijmy od tego zawartego w §58. Przytaczam nieco dłuższy fragment:
Czy zauważono, jak dalece do prawdziwie religijnego życia (a także do jego ulubionej mikroskopijnej pracy samoobserwacji, jak również do owego delikatnego spokoju, który zwie się modlitwą i który jest stałą gotowością na "przyjście Boga") potrzebna jest zewnętrzna bezczynność czy półbezczynność, myślę o bezczynności ze spokojnym sumieniem, odziedziczonej po przodkach, bezczynności z pochodzenia, któremu nie całkiem obce jest arystokratyczne poczucie, że praca hańbi - pospolituje bowiem duszę i ciało? I że zatem nowoczesna, hałaśliwa, czas w pełni wykorzystująca, dumna z siebie, głupio-dumna pracowitość bardziej niż wszystko inne wychowuje i przygotowuje właśnie do "niewiary"? Wśród tych, którzy na przykład teraz w Niemczech żyją z dala od religii, znajduję ludzi o "wolnomyślności" wielorakiego rodzaju i pochodzenia, przede wszystkim jednak większość takich, których instynkt religijny z pokolenia na pokolenie rozpuściła pracowitość: toteż wcale już nie wiedzą, do czego są potrzebne religie i ze swego rodzaju tępym zdziwieniem rejestrują jedynie ich istnienie w świecie. Ci poczciwi ludzie czują się wystarczająco pochłonięci bądź to przez swe zajęcia, bądź to przez swe rozrywki, w ogóle już nie mówiąc o "ojczyźnie", o gazetach, o "obowiązkach rodzinnych": wydaje się, że na religię nie starcza im wcale czasu, zwłaszcza że nie są już pewni, czy chodzi tu o nowy interes, czy o nową rozrywkę - niepodobna przecież, myślą, chodzić do kościoła, jedynie po to, by sobie popsuć humor.
Jak na plugawego "pogromcę bogów" bardzo zaskakujące rozważania. Okazuje się, że, zdaniem Nietzschego, do ateizmu - jako "niewiary" - potrzeba być odpowiednio pracowitym i... głupim ("...toteż wcale już nie wiedzą...", "...nie są już pewni, czy chodzi tu o..."). To nie triumfujący w Oświeceniu Rozum, to nie postępy w nauce, to nie podniesienie poziomu wykształcenia prowadzą społeczeństwa do laicyzacji. To "głupio-dumne" poddanie się codziennej krzątaninie, obowiązkom i pogoni za pieniądzem. Ci którzy czytali uważnie zauważyli ten sam wątek w aforyzmie z Wiedzy radosnej: ateiści, do których przemawia tam szaleniec, zebrali się na rynku - czyli w miejscu, w którym się handluje, obraca pieniądzem i załatwia sprawunki.

Myślę, że można by tu wykorzystać diagnozy Heideggera i zauważyć, że dziś owa głupio-dumna pracowitość staje się jednym z elementów szerszego procesu, jakim jest powszechna technicyzacja. Istota metafizyki rozwinęła się w technikę, która całość rzeczywistości rozpatruje z perspektywy dostawy. Liczy się tylko to, co można zużyć jako surowiec lub wykorzystać jako energię. Religijność - a, zauważmy, Nietzschemu nie chodzi tu o bieganie co niedzielę do kościółka i odmawianie wieczorem paciorka, czyli o rytuały, do których większość się ogranicza, ale o samoobserwację, delikatny spokój i gotowość, czyli nie o rytuał, ale o pewną bezczynność, pewne zamyślenie, kontemplację... Otóż tak rozumiana religijność nie jest niczym użytecznym dla techniki, której celem jest jedynie: (re)produkować (samą siebie). Nic tu po bezczynnych. Proponuję wam przesunąć stronkę kawałek w górę i kliknąć (w celu powiększenia) na obraz Beksińskiego, który zamieściłem nad tytułem tego akapitu. Myślę, że doskonale wyraża on ateizm epoki światowej dominacji techniki: truchło ukrzyżowane na jakimś słupie wysokiego napięcia, czy maszcie antenowym.

Na miejscu będzie jeszcze jedno dzieło sztuki, tym razem wiesz Paula Celana:
A była w nich ziemia, i
kopali.
Kopali i kopali, i tak
przechodził ich dzień, ich noc. I Boga już nie chwalili,
który, tak słyszeli, tego wszystkiego chciał,
który, tak słyszeli, to wszystko wiedział.
Kopali i nic już nie słyszeli;
nie stali się mądrzejsi, nie wynaleźli żadnej pieśni,
nie wymyślili sobie żadnego języka.
Kopali.
Nie komentujmy. Nie należy tego robić z wierszami Celana. Należy im pozwolić mówić same za siebie.


JESZCZE JEDEN ATEIZM
We wcześniejszych paragrafach Poza dobrem i złem pojawiają się jednak zupełnie inne rozważania. W §54 Nietzsche wskazuje na nowożytną filozofię jako na źródło odwrócenia się od chrześcijaństwa. Przede wszystkim pokartezjańskie (z Kantowską na czele) krytyki (w filozoficznym znaczeniu krytyki) pojęcia podmiotu: są one w istocie zamachem na stare pojęcie duszy, czyli na podstawowe założenie chrześcijańskiej doktryny. "Nowsza filozofia, jako teoriopoznawczy sceptycyzm, jest skrycie lub jawnie antychrześcijańska" - pisze Nietzsche, po czym natychmiast dodaje - "aczkolwiek, by rzec do subtelniejszych uszu, bynajmniej nie antyreligijna."

W kolejnym, 55 paragrafie, Nietzsche - w związku z rytuałem składania ofiary - omawia różne postaci okrucieństwa religijnego. Pierwszą, przynależną do prehistorii, była ofiara z ludzi, zwłaszcza z ukochanych (np. ofiara z pierworodnego). Drugą - Nietzsche wiąże ją z okresem moralnym w dziejach - była ofiara z własnych instynktów, czego najbardziej wyrazistym przykładem jest asceta. Wreszcie trzecia, najnowsza ofiara:
W końcu: cóż pozostało jeszcze do ofiarowania? Czy na ostatek nie musiano ofiarować tego wszystkiego, co pocieszające, święte, uzdrawiające, wszelką nadzieję, wszelką wiarę w ukrytą harmonię, w przyszłą szczęśliwość i sprawiedliwość? Czy nie musiano ofiarować samego Boga i, z okrucieństwa wobec samego siebie, czcić kamień, głupotę, ciężar, los, nicość? Dla nicości ofiarować Boga - to paradoksalne misterium ostatecznego okrucieństwa zostało zachowane dla pokolenia, które właśnie teraz nadchodzi: my wszyscy znamy już coś z tego.-
Ateizm, nihilistyczny ateizm wyrastałby zatem z samej religijności. Dwa kroki wstecz: dokładnie to powiada Nietzsche w §53: upadek europejskiego teizmu idzie w parze z potężnym rozrastaniem się instynktu religijnego. Paradoksalna - zdałoby się - sytuacja: chrześcijaństwo doprowadza do ateizmu. Paradoks jest tu jednak tylko pozorny, powierzchowny - faktycznie dzieje się tak na mocy wewnętrznej logiki chrześcijaństwa, o czym pisałem przy innej okazji.


Niemniej musimy tu wprowadzić istotne rozróżnienie: ateizm nihilistyczny nie jest tym samym ateizmem, co ateizm "niewiary". Ten pierwszy wyrasta z samego instynktu religijnego, z religijnego przeżywania świata, nawet jeśli jest to przeżycie braku sacrum. Natomiast ten drugi wyrasta z atrofii owego instynktu, z braku pewnego typu przeżyć, z niezdolności do pewnego rodzaju kontaktu ze światem, z obojętności, neutralności, niewiedzy. Nihilistyczny-hedonizm naszej epoki, jakim straszą pewni publicyści, nie jest prawdziwym nihilizmem. Jest raczej obojętnością. Ewentualnie nihilizmem biernym Ostatniego Człowieka, który wynalazł "szczęście". Prawdziwy nihilizm, nihilizm czynny, aktywny jest natomiast jak najbardziej żywym doświadczeniem.

Ateizm ma wiele postaci: głupio-dumną, samookaleczającą się, ale również wyrastającą z namysłu, jak choćby ateizm Lukrecjusza. Jako różne mogą się one mieszać. Z pewnością ułomni z przepracowania ludzie potrzebują sobie zracjonalizować swój brak i przemienić go w zaletę, o tyle sięgają do różnego rodzaju hipotez przedstawianych przez naukowców. Jedak ci, którzy poświęcili swój czas i myślową energię by dojść do ateizmu, z pewnością nie są tak liczni, jak ci, którzy się za takich podają.


KROK W INNĄ STRONĘ
Gdzie w takim razie sytuuje się Nietzsche? Z pewnością nie na linii przepracowanej, stechnicyzowanej nowoczesności. O wiele bliżej mu do linii religijno-nihilisycznej: dostrzega on wewnętrzną logikę dziejów chrześcijańskiego świata, która doprowadza do śmierci Boga. Jednakże przeżywa ją w niewielkim stopniu: instynkt religijny odzywa się w nim z rzadka, jak zauważa w jednej ze swoich notatek. A zatem...?

Pora wrócić do Wiedzy radosnej. Już sam jej tytuł daje nam ważną wskazówkę. Obwieszczenie śmierci Boga przynależy do La gaya scienza, do radosnej wiedzy. Nietzsche nie jest Heideggerem, który wyczekuje nadejścia jakiegoś ostatniego Boga, mającego zaradzić biedzie, w jakiej się znaleźliśmy. W ostatecznym rozrachunku (ostatecznym, tzn. uwzględniającym złożoność kwestii) fakt śmierci Boga jest dla Nietzschego faktem pozytywnym, faktem, który należy afirmować:
Istotnie, my, filozofowie i "wolne duchy", na wiadomość, że "dawny Bóg umarł", czujemy się jak opromienieni nową jutrzenką; nasze serce wzbiera wdzięcznością, zdumieniem, przeczuciem, oczekiwaniem - horyzont wreszcie wydaje nam się znowu swobodny, choćby nawet nie był jasny, nasze okręty wreszcie mogą znowu wypłynąć, wyruszyć na spotkanie niebezpieczeństw, wszelkie ryzyko poznania znowu jest dozwolone, morze, nasze morze znowu się przed nami otwiera, nigdy bodaj nie było jeszcze tak "otwartego morza".
Tak Nietzsche kończy 343 aforyzm Wiedzy radosnej, zatytułowany Jak to jest z naszym dobrym humorem. Ów dobry humor, owa radość nie są dostępne dla każdego. Nie znają ich ani obywatele na targu, ani wierni w kościele. Szaleniec nie jest ani otępionym przez pracę zasobem ludzkim, ani męczennikiem "wierzącym wbrew (umarłemu) Bogu". Ani wyznawca, ani niewierzący, ani nihilista. Kim zatem jest? O! Tu właśnie chciałem was doprowadzić. Do tego miejsca, w którym kończą się dogmaty i mniemania, a zaczyna myślenie, tzn. mierzenie się z problemem. Zobaczcie: przez ile znaków i obrazów trzeba było przebrnąć, by w ogóle zauważyć, że jest tu jakiś problem...

------------
  • pojęcie diagnozy zaczerpnąłem z książki Filozofia aktualności M. Herera
  • fragmenty Wiedzy radosnej w tłumaczeniu M. Łukasiewicz
  • fragmenty Poza dobrem i złem w tłumaczeniu P. Pieniążka
  • wiersz Paula Celana, w tłumaczeniu F. Przybylaka, pochodzi z tomu Die Niemandsrose
  • zamieszczone obrazy wyszły spod pędzla Zdzisława Beksińskiego

5 komentarzy:

  1. Twój mail z Usosa jest aktualny? Gdyby co, nie będę spamować w komentarzach na blogu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem fanem Nietzschego - i chyba nie zostanę. Ale ten tekst przypadł mi do gustu i sprawił, że jego koncepcje stały mi się bliższe. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to przynajmniej połowiczny sukces odniosłem ;)

      Myślę jednak, że z Nietzschem nie chodzi o to by być jego fanem lub nie, ale o to, by śledzić diagnozy, jakie stawiał. Z jednej strony niesamowita intuicja dotycząca aktualności i kierunków, w jakich się ona staje. Z drugiej jego zmysł historyczny - coś, czego nam wszystkim często brakuje i czego powinniśmy się nauczyć.

      Poza tym dzięki za komentarz :) Za +/- 2 tygodnie na Machinie Myśli powinno się pojawić moje "Przybliżenie" o Nietzschem. Nieco później mój tekst o tym jak widzi on chrześcijaństwo i buddyzm. (A tym czasem mogę Ci polecić tekst na tym blogu, o "Stawaniu się pojęcia >>bóg<<" - jestem z niego nawet całkiem zadowolony. Jest tam paragraf poświęcony właśnie Nietzschemu.)

      Usuń
    2. Nie obrażajcie Boga Ktory was również stworzyl i dal te wszystkie rzeczy !Wiecej wiary i miłości!

      Usuń